Wydarzenia z życia Warszawy.
Kategorie: Wszystkie | Warszawa
RSS
piątek, 15 października 2010
Czarnecki: Bieleckiego stać na przejście do drugiej tury

- Prezydentem stolicy Polski nie może być osoba, która boi się publicznych dyskusji z oponentami - mówi Ryszard Czarnecki z PiS w rozmowie z eKurjerem Warszawskim.

 

eKjW: Bardzo lubiani i rozpoznawalni w Warszawie Paweł Poncyliusz i Elżbieta Jakubiak, nie zostali kandydatami na Prezydenta Warszawy. Czy stołeczny PiS jest w stanie zbudować skuteczną i potężna machinę wyborczą, bo wydaje się iż tylko to może dać słabo rozpoznawalnemu Cz. Bieleckiemu cień szansy?


Ela i Paweł zostali obdarzeni zaufaniem wyborców w swoich okręgach wyborczych i zapewne ich wyborcy pragnęliby, aby oboje do końca realizowali swoje obowiązki sejmowe. Czesław Bielecki jest kandydatem bezpartyjnym, na którego zapewne głosować będą nie tylko tradycyjni wyborcy PiS, ale także część wyborców Platformy, a także ci, którzy w ogóle nie biorą udziału w wyborach samorządowych. Struktury Prawa i Sprawiedliwości są bardzo zmobilizowane, wiedząc, że kampania Czesława Bieleckiego, jej skuteczność, przełoży się na dobry wynik PiS-u w wyborach do Rady Warszawy i rad dzielnic. Uważam więc, że Czesława Bieleckiego stać na przejście z obecną prezydent do drugiej tury. A wtedy wszystko będzie możliwe.


Z badań GfK Polonia sprzed 10 dni wynika iż HGW cieszy się 57 % poparciem, zaś Czesław Bielecki 12 %. Co musiałby zrobić PiS aby odrobić ten dystans?

 

Ten sondaż pochodzi z momentu, gdy do wyborów było jeszcze dwa miesiące, a Czesław Bielecki dopiero rozpoczął swoją kampanię. Czas będzie grał na jego korzyść. Okres kampanii oznaczać będzie koniec epoki "barw ochronnych" dla HGW, zarówno Bielecki, jak i Olejniczak będą ją mocno punktowali, w związku z tym na pewno nie wygra ona w pierwszej turze. W debatach telewizyjnych, błyskotliwy, medialny Bielecki będzie wyraźnie wygrywał z Gronkiewicz-Waltz. Jeżeli natomiast, obawiając się tych debat - jak słyszymy - pani Waltz będzie od nich uciekać to będziemy głośno o tym mówić. Prezydentem stolicy Polski nie może być osoba, która boi się publicznych (np. w TV) dyskusji z oponentami. Jestem pewny, że w niedługim czasie w sondażach Bielecki przekroczy 30 %. Ponadto coraz więcej warszawiaków nie będzie chciało tak bardzo upartyjnionego prezydenta miasta w kontekście nominacji HGW na wiceprzewodniczącą PO.

 

Prezydentura w Warszawie utorowała Lechowi Kaczyńskiemu drogę do Prezydentury RP. Jak ważne w naszym systemie politycznym jest sprawowanie władzy prezydenckiej w Stolicy?

 

Bardzo ważne. To wielki budżet, to wizytówka Polski, to możliwość niemal permanentnej obecności w mediach. Stąd awans państwowy śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i awans partyjny Hanny Gronkiewicz-Waltz.

 

Jak Pan na tle innych stolic widzi Warszawę?

 

Jest zdecydowanie mniej znana i mniej odwiedzana niż czeska Praga, rozwija się zdecydowanie wolniej niż Berlin (nieporównywalnie mniejsze inwestycje!), nadrobiła jednak dystans dzielący ją do Budapesztu z powodu kryzysu ekonomicznego na Węgrzech. Ewidentnie mogłaby rozwijać się szybciej. Można ją porównywać niestety, nie z Londynem, Paryżem czy Rzymem, ale stolicami krajów naszego regionu. I tutaj tempo jej rozwoju jest szybsze bodaj tylko od Bratysławy.

 

Jak Pan ocenia rządu HGW i jej porozumienie programowe z SLD, oraz stan zarządzania Warszawą?

 

Te cztery lata to czas niewykorzystanych szans, czas niespełnionych obietnic, o których się już nawet nie pamięta, czas nachalnej propagandy medialnej - swoistego "kultu jednostki" pani prezydent. Zabrakło wizji i planu działania, a Gronkiewicz-Waltz ślizgała się po wielu tematach i umywała ręce, nie chcąc zmierzyć się z realnymi problemami stojącymi przed Warszawą. Co do zarządzania - HGW rozpaczliwie uciekała od wielu decyzji, zachowując się niczym struś chowający głowę w piasek lub też rozmywała odpowiedzialność, cedując decyzje na swoich zastępców, co sprawiało wrażenie, że jest tak naprawdę słabo zorientowana w problematyce samorządowej. A koalicja z SLD była od początku małżeństwem z rozsądku, by stać się z czasem zdecydowanie czymś więcej…

 

Ryszard Czarnecki jest politykiem polskiej prawicy, europosłem PiS.

wtorek, 05 października 2010
Bielecki:wiem jak każdą inwestycję zrealizować w 2 lata

- Za żadne pieniądze nie odkupimy straconego czasu - mówi Czesław Bielecki krytykując Hannę Gronkiewicz-Waltz w rozmowie z Marcinem Rafałowiczem dla eKurjera Warszawskiego i przedstawia swój pomysł na przyspieszenie rozwoju miasta.
eKjW: Ponad tydzień temu w programie "Polska i Świat" stacji TVN wyemitowano dość krytyczny materiał na temat pańskiej kandydatury na stanowisko prezydenta Warszawy. W materiale tym stwierdzono że wprawdzie dobrze sobie Pan radzi jako architekt bo są chętni na projekty domów jednorodzinnych za 50 tysięcy złotych, ale...
Chwileczkę. Może od razu będę odpowiadać na poszczególne zarzuty. Odkąd zacząłem realizować wielkie budynki użyteczności publicznej, a było to przed wieloma laty, nie wybudowałem żadnego domu jednorodzinnego. Zdarzali się oczywiście klienci, którzy przychodzili w takiej sprawie, ale nasza firma przeważnie zajmuje się dużymi projektami. To nie znaczy że nie robimy także mniejszych, ale akurat takich zleceń ostatnio nie realizowaliśmy. Nie wiem skąd dziennikarz miał takie informacje.
Według materiału TVN podobno jest Pan kontrowersyjnym architektem. Szklana nadbudowa odnowionej przez Pana kamienicy miała być ostro krytykowana.
Ten budynek mieści się na rogu ulic Flory i Klonowej. Faktycznie go nadbudowaliśmy i równocześnie zrekonstruowaliśmy jego fasadę przywracając kształt jaki miała w latach  trzydziestych. Niestety, jak zwykle w mediach, przeważa komentarz nad informacją. Należało pokazać jak ten budynek wyglądał przed rozpoczęciem budowy i po jej zamknięciu. Wtedy moglibyśmy zobaczyć jak wyszczerbiony wojną narożnik w bardzo eksponowanym miejscu z widokiem na Łazienki odzyskuje dawną urodę i otrzymuje charakterystyczny element w  postaci szklanej kopuły.
Pojawiła się też opinia że nie potrafi Pan współpracować.
Byłoby mi trudno bez tej umiejętności być projektantem i urbanistą. W swojej codziennej pracy kieruję zespołem ludzi. Muszę współdziałać ze społecznością, klientem, różnymi  instytucjami i dziesiątkami urzędników, którzy robią wszystko żeby proces wybudowania czegokolwiek zamienił się w jakiś gigantyczny tor przeszkód. Chyba nie ma sensu żebym teraz udowadniał, że nie jestem wielbłądem.
Brak umiejętności współpracy to jednak poważny zarzut dla kandydata na prezydenta miasta.
Po owocach ich poznacie. Moje życie zawodowe nie polegało na tym że zasiadałem w dyrekcji jakiejś instytucji i zlecałem różne zadania swoim wicedyrektorom. A tak właśnie wygląda kariera Hanny Gronkiewicz-Waltz, która gdy ostatecznie okazuje się, że terminy nie zostały dotrzymane ogłasza, że tak naprawdę nic się nie stało bo problemu nie ma. Ja zajmowałem się zespołowym opracowywaniem projektów, które następnie przeprowadzałem od początku do końca. Osiągałem w ten sposób konkretne cele.
Dlaczego Panu miałoby się udać przyspieszenie realizacji inwestycji w naszym mieście?
Dlatego, że wiem jak każdą inwestycję zrealizować w półtora do dwóch lat. Zaprojektować w
rok a nie dwa lata, bo detale można opracowywać, gdy prace budowlane trwają. Ja to po prostu już robiłem. Przykładem niech będzie siedziba Operatora Polskich Sieci Elektroenergetycznych w Konstancinie o powierzchni użytkowej dwudziestu trzech tysięcy metrów kwadratowych. Ten niezwykle skomplikowany budynek postawiłem w dwa lata. Każdy, kto nie potrafi zorganizować urzędu tak, żeby nie przeszkadzał obywatelom i inwestorom w ekspresji ich naturalnej życiowej energii nie jest lokalnym przywódcą, prezydentem miasta. Jest tylko kolejnym urzędnikiem zadowolonym z zajmowania stanowiska i nastawionym na dbanie o swoje notowania w sondażach. Jeżeli celem jest władza dla władzy, prestiżu, przyjemności, chęci zaprezentowania swojej osoby to nie jest to właściwe.
Politycy przeważnie pragną władzy.
Nie jest mi to do niczego potrzebne. Nie czuję się człowiekiem nie dość popularnym, czy zbyt anonimowym. Nie jest to też sprawa mojej indywidualnej ekspresji. Chciałbym umożliwić  mieszkańcom Warszawy życie w mieście bardziej otwartym, przyjaznym, mającym przestrzeń publiczną. Mieście, które jest naszą dumą, a nie takim które powoduje frustrację gdy tylko wrócimy z Florencji, Barcelony, Paryża czy Londynu.
Wróćmy do przyspieszania inwestycji. Jak to zrobić? Prezydenci miast nie pracują w pocie czoła na placu budowy.

 

całość na ekurjerwarszawski.pl

piątek, 17 września 2010
Lwowska jest różna jak jej mieszkańcy

"Jaka powinna być Lwowska łatwo można sobie wyobrazić zwiedzając spokojne dzielnice położone w bliskości centrów Brukseli, Paryża, czy nawet Pragi. Zabytkowa, lecz nowoczesna, z wyremontowanymi i iluminowanymi dyskretnie fasadami, wypieszczonymi ogródkami w podwórzach, bez parkujących samochodów, które powinny pomieścić się w przerobionych na garaże kotłowniach każdej z kamienic. Zadbana, lecz żywa, z wypielęgnowaną zielenią, w tym roślinami w donicach chowanymi na zimę w budynku Architektury. Z prostymi chodnikami ze szlachetnego kamienia, latarniami-pastorałkami zamiast świecących trupim światłem lamp" o jednej z najpiękniejszych ulic Warszawy mówi jej znawca, architekt Tomasz Wituszyński.

 

 

ekjw : Jest Pan twórcą znakomitej strony internetowej na której jest mnóstwo informacji o historii i teraźniejszości ulicy Lwowskiej. Dla czego właśnie Lwowska, tyle pięknych ulic w Warszawie?

To po prostu moja ulica, mieszkałem tu od urodzenia i wróciłem po kilku latach przerwy. Mam potrzebę praktykowania patriotyzmu lokalnego, wydaje mi się to naturalne. A czy naprawdę jest tyle pięknych ulic w Warszawie? Jeśli odłożyć na bok typowe turystyczne miejsca, to okaże się, że wcale tak nie jest i ich wyliczenie nie zajęłoby dużo miejsca.

 

Lwowska jest unikatowym w Warszawie wnętrzem miejskim ukształtowanym w początkach XX wieku, choć z dającą się odczytać przeszłością sięgającą czasów stanisławowskich. W głównym odcinku ulicy zaledwie dwa domy pochodzą z czasów powojennych, a jeden utracił swą oryginalną fasadę. Gdy wchodzimy tu od Koszykowej, przechodzimy przez bramę otworzoną przez dwa imponujące budynki, należące do najpiękniejszych w mieście. A dalej jest wcale nie gorzej, trzeba tylko podnieść głowę i, ryzykując wdepnięcie w ślad po psim spacerze, poszukać na fasadach wytworów fantazji architektów sprzed 100 lat. Tak powinna wyglądać cała Warszawa! Niestety, niewielkiej uliczce przypadła rola przechowania charakteru pięknego przedwojennego miasta, którego już nie ma.

 

Czy możemy mówić o "złotym wieku" Lwowskiej?

 

Tak, ale te czasy są dopiero przed nami! Było kilka dobrych okresów w życiu tego kawałka Warszawy – kiedy egzystował tu pałacyk Koszyki z ogrodem, kiedy w latach trzydziestych zakończono zabudowywanie ulicy, albo moment w latach 60., kiedy uporano się już ze zniszczeniami wojennymi. Ale ciągle czekamy na zapowiedziane przez Miasto inwestycje, które mają nadać Lwowskiej rangę Mokotowskiej czy Wiejskiej.



Mówi się o Panu że wie Pan o Lwowskiej wszytko, Co jest kluczem do jej "poczucia" ?

 

O Lwowskiej nie wiem wszystkiego, ciągle mnie zaskakuje jakiś fragment jej historii albo odrywam nową perspektywę. Nie pretenduję do miana wieszcza tej ulicy, po prostu ją lubię i staram się przekazać to uczucie innym. Klucz do Lwowskiej? To trudne… Zapewne nie ma jednej odpowiedzi, Lwowska jest różna jak jej mieszkańcy. Od profesorów Politechniki, prawników, lekarzy, przez cudzoziemców o różnych odcieniach skóry, do swojskich meneli proszących o papierosa albo brakujące do wina 10 groszy. Dawniej sposobem na „poczucie” ulicy było odwiedzenie jej w sobotnie południe, leniwe i słoneczne, wejście do baru Fresco, zagadnięcie ekspedientki w sklepie na rogu. Dzisiaj baru już nie ma, a w weekendy trzeba przepychać się między zaparkowanymi byle gdzie samochodami studentów zaocznych, którzy przyjeżdżają na swe cotygodniowe sesje. Ale Lwowska radzi sobie nawet z tym, zachowując swój klimat i charakter. Podejrzewam, że tak samo było zaraz po wojnie, kiedy straszyły tu ruiny wypalonych domów. Jest po prostu dobrze wymyślona, ma swój naturalny początek i koniec, ma jednolitą wysokość fasad wzniesionych na warszawską skalę, ma mnóstwo detali, które cieszą oko przechodnia. Bardzo warszawska, przechowuje w jakiś nieuchwytny sposób klimat miasta, którego już nie ma. Zadziorna i kpiąca. Trochę o tych cechach mówi epizod z pierwszych chwil Powstania, kiedy to mieszkańcy obserwowali bitwę z nacierającymi od Pola Mokotowskiego niemieckimi czołgami stojąc na ustrojonych flagami balkonach, bijąc brawo, dopingując chłopaków i wiwatując, prawie jak na meczu piłkarskim. Nieco tajemnicza, ze swymi potrójnymi podwórkami i ukrytym pałacykiem Ursyn-Rusieckiego.



Czy może Pan coś powiedzieć o Arbeitserziehungslager który w drugiej połowie 1943 roku został przeniesiony na Lwowską z Gęsiej?

 

Nic mi nie wiadomo o takim obozie na Lwowskiej, wiem natomiast o Arbeiterziehungslager na Litewskiej, pod numerem 14. To jednak kilkaset metrów dalej na południe…



Nie ogranicza się Pan do propagowania wiedzy na temat przeszłości swojej ulicy ale również próbuje Pan aktywnie wpływać na jej współczesny kształt? Co udało się Panu osiągnąć- zmienić? Jak układa się współpraca z Miastem?.

Próbuję – to dobre określenie. Strona ulicy Lwowskiej powstawała „po godzinach”, zupełnie poza marginesem mojej pracy zawodowej i innych aktywności. Wolnego czasu wszyscy mamy coraz mniej, co widać choćby po stanie tej witryny – wrzucam tam czasem nowe treści, ale uporządkowanie i nadanie odpowiedniej formy ciągle przesuwa się w przyszłość. Moje działania „w realu” nie są z konieczności zbyt aktywne. Ale sformułowałem swego czasu list do Burmistrza Dzielnicy, przyznaję, nieco podkreślając znaczenie i liczebność „środowiska zebranego wokół strony internetowej ulicy Lwowskiej”, z prośbą o ujęcie gentryzacji i rewaloryzacji Ulicy w planach Śródmieścia. Uzyskałem pisemną obietnicę, że stanie się to faktem, niestety bez podania terminu. Ostatnio mówi się o roku 2012, ale kto to wie? Uczestniczę też w pracach zarządu mojej spółdzielni mieszkaniowej, a czasem zdarza mi się też próba doraźnej interwencji w jakiejś sprawie dotyczącej ulicy, czy szerzej – Osi Stanisławowskiej przy wykorzystaniu znajomych ze środowiska varsavianistów i obrońców zabytków.

 

Parafrazując Wyspiańskiego "Ulicę moją widzę ogromną",to znaczy jaką?  Jaka w Pana wyobrażeniu jest lub winna być ulica Lwowska?

Zostawmy Wyspiańskiego, on umarł raczej młodo. Jaka powinna być Lwowska łatwo można sobie wyobrazić zwiedzając spokojne dzielnice położone w bliskości centrów Brukseli, Paryża, czy nawet Pragi. Zabytkowa, lecz nowoczesna, z wyremontowanymi i iluminowanymi dyskretnie fasadami, wypieszczonymi ogródkami w podwórzach, bez parkujących samochodów, które powinny pomieścić się w przerobionych na garaże kotłowniach każdej z kamienic. Zadbana, lecz żywa, z wypielęgnowaną zielenią, w tym roślinami w donicach chowanymi na zimę w budynku Architektury. Z prostymi chodnikami ze szlachetnego kamienia, latarniami-pastorałkami zamiast świecących trupim światłem lamp. Z kilkoma przyjaznymi sklepikami i kawiarniami, kilkoma ekskluzywnymi „biznesami” i mnóstwem zaprzyjaźnionych mieszkańców plotkujących codziennie rano na spacerze oraz spotykających się całymi rodzinami na corocznym święcie ulicy. Z wystawą prac rysunkowych studentów Architektury na martwym dziś murze Wydziału. Moja wyobraźnia jest nawet w stanie poradzić sobie z futurystyczną wizją ścian bez graffiti i chodników bez psich kup. Dodajmy do tego darmowy internet dla wszystkich, ogrody i baterie słoneczne na dachach i – szczyt marzeń! – Straż Miejską reagującą na każde wyrzucenie niedopałka na trotuar. A wszystko to w równie pięknym otoczeniu zrewaloryzowanej Osi Stanisławowskiej i jej gwiaździstych placów, po rozebraniu nierespektujących perspektyw ulic budynków Zebra, IPC-Bussines Center, czy Fokus i po odbudowie hali na Koszykach. Jak określić to wszystko w kilku słowach? Chcę miejsca, gdzie ludzie nawet z dalekich dzielnic przychodzić będą na niedzielne spacery.

 

Tomasz Wituszyński jest z wykształcenia architektem. Stworzył stronę internetową o ulicy Lwowskiej http://nepomuki.pl/lwowska/

08:02, ekurierwarszawski , Warszawa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 września 2010
Walka o godność prezydenta Warszawy będzie dla mnie ważnym sprawdzianem mojej wiarygodności
Ekjw : Kiedy i czy możemy się spodziewać się jednoznacznej deklaracja w sprawie Pana kandydowania na Prezydenta Warszawy?
Do końca września br.
Stołeczne SLD jest w "porozumieniu programowym" z rządzącą P.O, jak Pan ocenia tą współpracę?
- Ten sojusz z sojuszem zdaje się wychodzi Warszawie bokiem. Generalnie stolica potrzebuje kompetentnych i odpowiedzialnych rządów nie obciążonych politycznymi balastami.
Czym chce Pan dotrzeć do mieszkańców stolicy w najbliższych wyborach?
- Po ogłoszeniu kandydatury przedstawię program. Ważne jest jednak często nie tylko co się mówi, ale także kto mówi. Mam za sobą długie życie, a w nim sporo trudnych doświadczeń. Walka o godność prezydenta Warszawy będzie dla mnie ważnym sprawdzianem mojej wiarygodności.
Komentarz
Po poinformowaniu opinii publicznej przez Romualda Szeremietiewa iż nosi się z zamiarem kandydowania na Prezydenta Stolicy odezwały się media wszelkie. Życie Warszawy synalizuje specyficzną formie poinformowania o chęci kandydowania, poprzez Blog. TVN nazywa go „kontrowersyjnym politykiem (...) znanym ze swoich prawicowych poglądów”. Stołeczna Wyborcza przedrukowuje za PAP krótką wypowiedz Szeremietiewa, pod nim jeden z czytelników napisał „Bywa, że polityka to raj, ale i jest tam też otchłań zapomnienia. They never come back, Mr Romuald”.
Kim jest Romuald Szeremietiew? W PRL członek Stronnictwa Demokratycznego oraz „PAXu” Bolesława Piaseckiego. Działał w Ruchu, zakładał ROBCiO i KPN. W 1984 założył Polską Partię Niepodległościową. Piękna karta antykomunistycznego działacza w PRL. Aktualnie jest profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, doktor habilitowany nauk wojskowych. Był wiceministrem MON i p.o ministra w rządzie Jana Olszewskiego. Poseł AWS, w rządzie Jerzego Buzka na stanowisku wiceministra Obrony Narodowej. Po publikacji dziennikarzy Rzeczypospolitej Anny Marszałek i Bertolda Kittela, sugerującej mu korupcje,  odwołany ze stanowiska. W 2008 roku sąd I instancji wydał wyrok uniewinniający.

skomentuj
wtorek, 14 września 2010
Rok zamkniemy bez zadłużenia w bankach

Zgodnie z planem wydatkowana jest również dotacja z budżetu państwa. W najbliższym czasie skorzystamy z uruchomionej decyzją rządu części (7,5 mld zł) Funduszu Rezerwy Demograficznej. Co do kredytów, to obecne zadłużenie Zakładu z tego tytułu wynosi 1,5 mld zł. Jednak cały rok zamkniemy bez zadłużenia w bankach - mówi dla eKurjera Warszawskiego Wojciech Andrusiewicz z ZUS.

 

ekjw : Jak w dobie kryzysu wygląda sytuacja ZUS? Czy zwiększa on zaciąganie długoterminowych i krótkoterminowych kredytów dla zabezpieczenia bieżących zobowiązań?

 

Jak mniemam chodzi o sytuację Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), którym Zakład zarządza. Jest ona stabilna. Wbrew pojawiającym się co jakiś czas spekulacjom, wypłata świadczeń nie jest w żaden sposób zagrożona.

 

Media donoszą o trudnościach finansowych z jakimi może borykać się ZUS.

 

Przyjęty na 2010 rok plan finansowy FUS jest realizowany zgodnie z założeniami. Na podkreślenie zasługuje fakt, iż ściągalność składek kształtuje się na poziomie 99 procent. Zgodnie z planem wydatkowana jest również dotacja z budżetu państwa. W najbliższym czasie skorzystamy z uruchomionej decyzją rządu części (7,5 mld zł) Funduszu Rezerwy Demograficznej. Co do kredytów, to obecne zadłużenie Zakładu z tego tytułu wynosi 1,5 mld zł. Jednak cały rok zamkniemy bez zadłużenia w bankach.

 

Zakład Ubezpieczeń Społecznych nie ma dobrej opinii wśród Polaków z czego to wynika?

 

Obecny, często nie najlepszy wizerunek ZUS to w przeważającej mierze wynik braku wiedzy Polaków na temat systemu ubezpieczeń społecznych. Z tej niewiedzy, nad którą bolejemy, biorą się wszelkie nieporozumienia.

 

Co najbardziej razi w tak zwanej wiedzy powszechnej a nie zgodnej z prawdą?

 

Wbrew obiegowej opinii Zakład nie decyduje o tym jakie składki płacą płatnicy, czy ubezpieczeni i jak wysoką emeryturę dostają nasi świadczeniobiorcy. Decydujące w tej materii jest obowiązujące w Polsce prawo, którego ZUS jest jedynie wykonawcą. Nie mamy na tym polu żadnej swobody interpretacyjnej.

 

To może warto edukować? Prowadzicie w związku z tym jakieś programy informacyjne?

 

Oczywiście, że staramy się poszerzać stan wiedzy Polaków na temat ich praw i obowiązków wynikających z przyjętego w naszym kraju systemu ubezpieczeń społecznych. Prowadzimy szereg szkoleń, wydajemy poradniki, organizujemy dni poradnictwa. Do naszych klientów docieramy też za pośrednictwem środków masowego przekazu. Mamy programy poradnikowe w telewizji i radiu. Z naszymi informacjami jesteśmy obecni na szeregu portali społecznościowych. Prowadzimy blogi. No i oczywiście dysponujemy szeregiem własnych stron internetowych: www.zus.pl, e-inspektorat.zus.pl, mojaemerytura.zus.pl, mojaskladka.zus.pl.

 

Czy sieć jest wykorzystywana w rozwiązywaniu problemów z obsługą klientów?

 

Na polu tzw. e-administracji jesteśmy w Polsce prekursorem. Coraz więcej usług udostępniamy właśnie przez Internet. Przedsiębiorcy już od lat korzystają z możliwości przesyłania drogą elektroniczną, w programie PŁATNIK dokumentów ubezpieczeniowych i rozliczeniowych. Od dłuższego też czasu działa Elektroniczny Urząd Podawczy, za pośrednictwem, którego można składać do ZUS szereg wniosków i obserwować bieg własnej sprawy. Na naszych internetowych stronach można też wyliczyć sobie hipotetyczną emeryturę. Myślę, że trudno znaleźć dziś w Polsce instytucję, która w tak krótkim czasie tak dalece się zmieniła i zmienia się w dalszym ciągu.

 

Czy to oznacza że wbrew obiegowej opinii ZUS nie ma problemów?

 

Powiedziałbym tu raczej o wyzwaniach, a nie problemach. Tych zaś postawiliśmy sobie niemało. Optymalizujemy zachodzące w ZUS procesy. Wprowadzamy Platformę Usług Elektronicznych, czyli najprościej rzecz ujmując wirtualny ZUS. Dzięki PUE osobista wizyta w placówce Zakładu nie będzie już konieczna. Każdy klient będzie miał dostęp do ZUS-u 24 godziny na dobę. Cały czas rozwijamy nasz system informatyczny i poprawiamy jakość świadczonych usług. Korzystamy przy tym ze wsparcia finansowego Unii Europejskiej.

 

A czym możecie się poszczycić jako największym sukcesem?

 

Należy tu przede wszystkim wymienić obsługę klientów drogą elektroniczną, w której to jak wspomniałem przecieramy szlaki innym instytucjom administracji publicznej. Działa program PŁATNIK i Elektroniczny Urząd Podawczy. Przyszli świadczeniobiorcy mogą korzystać z kalkulatorów emerytalnych, dostępnych na stronie internetowej Zakładu. Od kwietnia tego roku przedsiębiorcy, którzy rozliczają się na bieżąco z ZUS mogą otrzymać zaświadczenie o niezaleganiu w opłacaniu składek od ręki na salach obsługi klienta. Co istotne, przepisy obowiązujące w tej materii nadal przewidują siedmiodniowy termin na wystawienie tego typu dokumentów. W ramach prewencji rentowej wprowadzamy nowe pilotażowe programy rehabilitacji leczniczej, które cieszą się dużym zainteresowaniem naszych klientów i przynoszą bardzo dobre efekty.

 

Wojciech Andrusiewicz jest Rzecznikiem Prasowym Zakładu Ubezpieczeń Społecznych

środa, 01 września 2010
Brak skutecznej polityki w zakresie medycyny paliatywnej

Większość dzieci umierała wówczas na naszym oddziale intensywnej terapii. Stosowaliśmy często wobec nich uporczywą terapię. Na temat leczenia i umierania tych dzieci w domu nikt wówczas w naszym środowisku nie myślał. Nie potrafiliśmy także udzielić pomocy rodzicom zmarłych dzieci, ani sobie samym w przypadkach zespołu wypalenia zawodowego” mówi dr hab. med. Tomasz Dangel,Przewodniczący Rady Fundacji Warszawskie Hospicjum dla Dzieci.

 

ekjw : Śmiertelna choroba dziecka to ogromna tragedia, na tyle ogromna iż ten problem został mam wrażenie poddany tabuizacji. Czy uważa Pan iż za mało rozmawiamy o tym w przestrzeni publicznej?

 

Fakt, że jest to tragedia nie powinien powodować zakazu mówienia i pisania na ten temat. Rzeczywiście zdarza się, że jest traktowany jako tabu przez tych lekarzy i rodziców nieuleczalnie chorych dzieci, którzy mają problemy z uczciwą i szczerą komunikacją oraz nie akceptują śmierci. Jednak w naszej kulturze i tradycji mamy wiele przykładów traktowania tego tematu w sposób otwarty – poczynając od „Trenów” Jana Kochanowskiego, a kończąc na książce Erica-Emmanuela Schmitta „Oskar i pani Róża”. Dlatego określenie tabu nie jest właściwe gdy mamy na myśli przestrzeń publiczną. Przypominam sobie cykl „Po co hospicjum” Gazety Wyborczej, na który złożyły się 24 teksty opublikowane w 1998 i 1999 roku. Miałem okazję poznać wielu wartościowych dziennikarzy, którzy byli i nadal są zainteresowani tą tematyką. Jako organizacja pożytku publicznego jesteśmy otwarci na taką współpracę. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie czy za mało rozmawiamy na ten temat w przestrzeni publicznej ponieważ nie oglądam telewizji i nie czytuję gazet.

 

Czy wyspecjalizowane dziecięce hospicja to efekt zmiany cywilizacyjnej jaka nastąpiła w Polsce po 1989 roku? Jak wyglądała opieka nad śmiertelnie chorymi dziećmi wcześniej?

 

Z pewnością to efekt „zmiany cywilizacyjnej” jaka nastąpiła we mnie po 1989 roku. W okresie wcześniejszym pracowałem jako anestezjolog w CZD. Większość dzieci umierała wówczas na naszym oddziale intensywnej terapii. Stosowaliśmy często wobec nich uporczywą terapię. Na temat leczenia i umierania tych dzieci w domu nikt wówczas w naszym środowisku nie myślał. Nie potrafiliśmy także udzielić pomocy rodzicom zmarłych dzieci, ani sobie samym w przypadkach zespołu wypalenia zawodowego. Po 1989 roku stała się możliwa w Polsce działalność organizacji pozarządowych i właśnie ten czynnik uważam za istotny w przemianie, która nastąpiła. W 1991 poznałem prof. Jacka Łuczaka i rozpocząłem kształcenie w dziedzinie opieki paliatywnej pod jego kierunkiem. To on zwrócił moją uwagę na fakt, że w Polsce nie ma domowej opieki paliatywnej dla dzieci. W tym okresie radykalnie zmieniłem swoje poglądy na medycynę i etykę lekarską. Dlatego właśnie zrezygnowałem w pracy w szpitalu i założyłem w 1994 roku pierwsze w Polsce hospicjum domowe dla dzieci. Następnie, jako pracownik naukowy Instytutu Matki i Dziecka prowadziłem kształcenie w tej dziedzinie dla lekarzy i pielęgniarek, co stopniowo doprowadziło do powstawania kolejnych hospicjów dla dzieci.

 

Czy może Pan wyrazić opinię na temat politykipaństwa polskiego wobec hospicjów dziecięcych. Wydaje się iż większość z nich działa w formie Niepublicznych Zakładów Opieki Zdrowotnej, czyli cześć pieniędzy na swoje funkcjonowania muszą zdobyć samodzielnie. Czy nie jest tak iż Państwo w jakimś sensie uciekło od odpowiedzialności za funkcjonowanieHospicjów?

 

Państwo polskie nie prowadzi skutecznej polityki w tym zakresie, ponieważ Ministerstwo Zdrowia (pomimo moich 11-letnich już starań) nie chce wydać rozporządzenia regulującego standardy i procedury w pediatrycznej domowej opiece paliatywnej. Nasz projekt tego rozporządzenia nie został przyjęty. W tej sytuacji urzędnicy NFZ wprowadzają własne wymagania wobec hospicjów domowych dla dzieci, mimo, że nie posiadają do tego niezbędnych kwalifikacji; mają jednak monopol, ponieważ są jedynym ubezpieczycielem naszych chorych. Wszystkie moje ekspertyzy i badania naukowe są przez MZ i NFZ ignorowane. Kolejne zarządzenia Prezesa NFZ i rozporządzenia Ministra Zdrowia utrudniają pracę hospicjom i narażają je na kary finansowe z powodu stawiania nierealnych wymagań. NFZ prowadzi politykę oszczędzania środków finansowych refundując wydatki ponoszone przez hospicja w zakresie od 19 do 66%. NFZ nigdy nie przeprowadził uczciwej kalkulacji kosztów tej formy leczenia. Prawdopodobnie urzędnicy NFZ zakładają, że brakujące środki hospicja powinny pozyskiwać z innych źródeł. Nasza Fundacja finansowała dotychczas 8 hospicjów, nie licząc takich form pomocy jak wypożyczalnia sprzętu medycznego i programy szkoleniowe dostępne dla wszystkich hospicjów leczących dzieci.

 

Od 14 lat prowadzimy kształcenie podyplomowe lekarzy i pielęgniarek w pediatrycznej opiece paliatywnej. Niestety nasze projekty (kurs specjalistyczny dla pielęgniarek i umiejętność dla lekarzy) nie zostały dotychczas przyjęte przez MZ i NFZ. W dniu 31.08.2010 przekazany został do uzgodnień zewnętrznych Projekt rozporządzenia Ministra Zdrowia zmieniającego rozporządzenie w sprawie świadczeń gwarantowanych z zakresu opieki paliatywnej i hospicyjnej, w którym uwzględniono kurs specjalistyczny dla pielęgniarek w zakresie pediatrycznej domowej opieki paliatywnej, lecz rozporządzenie to jeszcze nie weszło w życie.

Niepodejmowanie przez MZ i NFZ merytorycznej współpracy z naszą Fundacją, która jest organizacją pożytku publicznego, jest sprzeczne z zapisami ustawy z dnia 24 kwietnia 2003 r. o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie, która mówi m. in., że:

Art. 5. 1. Organy administracji publicznej prowadzą działalność w sferze zadań publicznych, (...) we współpracy z organizacjami pozarządowymi (...) prowadzącymi (...) działalność pożytku publicznego w zakresie odpowiadającym zadaniom tych organów. Współpraca ta może odbywać się w szczególności w formach:

1) zlecania organizacjom pozarządowym (...) realizacji zadań publicznych na zasadach określonych w ustawie;

2) wzajemnego informowania się o planowanych kierunkach działalności i współdziałania w celu zharmonizowania tych kierunków;

3) konsultowania z organizacjami pozarządowymi (...) odpowiednio do zakresu ich działania, projektów aktów normatywnych w dziedzinach dotyczących działalności statutowej tych organizacji;

4) tworzenia wspólnych zespołów o charakterze doradczym i inicjatywnym, złożonych z przedstawicieli organizacji pozarządowych (...) oraz przedstawicieli właściwych organów administracji publicznej.

2. Współpraca, o której mowa w ust. 1, odbywa się na zasadach: pomocniczości, suwerenności stron, partnerstwa, efektywności, uczciwej konkurencji i jawności.

 

Chciałbym jednak wymienić instytucje państwowe, które rozumiały i wspierały nasze postulaty i projekty. Były nimi urzędy Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Dziecka oraz Rzecznika Praw Pacjenta. Niestety interwencje podejmowane przez te urzędy spotykały się z brakiem zrozumienia w MZ i NFZ. Wyznaję pogląd, że o poziomie cywilizacji decyduje nasz stosunek do ludzi najsłabszych, bezbronnych, bezsilnych, chorych i cierpiących. Nie oczekuję od urzędników i instytucji państwowych skutecznego rozwiązywania problemów tych osób. Wręcz odwrotnie, widzę tu pole działania dla społeczeństwa, organizującego się oddolnie w organizacje pozarządowe. Państwo nie powinno tej działalności utrudniać, ale wspierać przez mądre prawo. Oczywiście państwo, tak długo jak pobiera składkę na ubezpieczenie zdrowotne w formie podatku, ponosi odpowiedzialność za finansowanie świadczeń zdrowotnych również w dziedzinie medycyny paliatywnej.

 

Bardzo ważnym elementem funkcjonowaniaHospicjów jest praca wolontariuszy.Wiem iż nie brakuje ich Państwu, czy może Pan powiedzieć na ten temat trzy słowa?

 

W 3 słowach: to wspaniali ludzie. Dzięki nim łączymy w naszej pracy pozytywne elementy podejścia profesjonalnego z pomocą nieprofesjonalną, która ma charakter prawdziwie bezinteresowny, humanitarny i charytatywny. Obecność wolontariuszy jest dla mnie dowodem istnienia wartości moralnych w naszym społeczeństwie, nadzieją na lepsze jutro Polski.

 

Hospicjum domowe, teatr domowy (dla dzieci nie mogących odejść od urządzeń medycznych), Pana opinia na ten temat?

Hospicjum domowe to najlepsze rozwiązanie jakie znam. Oczekuję, że w przyszłości pediatria będzie opierała się na zespołach opieki domowej. Wiele form terapii, dostępnych obecnie wyłącznie w szpitalach, można stosować w domu. Trzeba tylko zmienić organizację i sposób myślenia.Teatr to już inna dziedzina, wkraczająca w świat wyobraźni dziecka. Może być bardzo wartościową metodą mówienia o trudnych sprawach językiem sztuki. Metodę tą, w nie mniej tragicznych sytuacjach, stosował np. Janusz Korczak.

 

Próbując zaznajomić się z problematyką dziecięcych hospicjów przeczytałem książki Pani E. Kübler-Ross, niestety typ "terapeutycznych" publikacji nie odpowiada wielu czytelnikom. Czy może Pan polecić jakiś autorów piszących o tym problemie w sposób bardziej naukowy, najlepiej z polskim backgroundem?

 

Mogę polecić własną pracę habilitacyjną „Domowa opieka paliatywna nad dziećmi w Polsce model, potrzeby, możliwości i ich ocena” (Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2001) – jest dostępna w bibliotekach naukowych. Ponadto wydawaną corocznie pod moją redakcją monografię „Opieka paliatywna nad dziećmi”; poszczególne artykuły dostępne są na stronie www.hospicjum.waw.pl

W podręczniku „Onkologia i hematologia dziecięca” (PZWL, Warszawa 2008) można przeczytać mój rozdział „Opieka paliatywna”. Polskiego podręcznika opieki paliatywnej nad dziećmi dotychczas nie ma. Dla lekarzy i pielęgniarek kształcących się w naszym ośrodku wydajemy skrypty. Z beletrystyki mogę polecić książkę Andrzeja Wilowskiego „Weź, pokochaj smoka. Rzecz o umieraniu dzieci” (Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2004).

 

Dr hab. med. Tomasz Dangel,Przewodniczący Rady Fundacji Warszawskie Hospicjum dla Dzieci.

 

sobota, 28 sierpnia 2010
"Nasza organizacja zajmuje się walką"

"Nie chcemy mówić kobietom co mają robić. Jeżeli chcą po porodzie odpoczywać to dobrze, pod warunkiem że to ich wybór. Pokazujemy kobietą że kiedy wyjdą z domu, czeka na nich wiele ciekawych miejsc czy zdarzeń" - mówi Sylwia Chutnik Prezeska Fundacji MaMa.

 

ekjw: Czy może Pani dla nas zinterpretować charakterystyczne logo fundacji MaMa?

 

To utrzymane w kontrastowych kolorach logo (czarny i różowy) przedstawia kobietę trzymającą dziecko, która uniosła pięść do góry. Nieco rewolucyjny charakter tego obrazka jasno pokazuje, czym zajmuje się nasza organizacja- walką. Autorem logo jest artysta Jan Kallwejt.

 

Mam wrażenie iż propagują Panie nowy typ macierzyństwa. Większość moich znajomych matek-trzydziestolatek przez pierwsze kilka miesięcy po urodzeniu dziecka staje się totalnymi domatorkami, co wynika z ciągłą opieką nad dzieckiem. Panie proponują inną strategię, jaką?

 

Strategia wynika nie tyle z próby narzucenia "jedynie słusznego"- nowoczesnego- wizerunku kobiecie, co z pokazania, że są inne scenariusze macierzyństwa niż te, do których przywykłyśmy. Pokazujemy kobietom, że kiedy wyjdą z domu, to czeka na nich wiele ciekawych miejsc czy zdarzeń. Będą mogły porozmawiać z innymi kobietami, a ich dzieci poznają innych ludzi. Nie chcemy mówić kobietom, co maja robić. Jeżeli chcą po porodzie odpoczywać, to dobrze. Pod warunkiem, że to ich wybór. Siłą rzeczy staja się domatorkami, trudno bowiem, aby imprezowały non stop. Jednak nie oznacza to, ze muszą w tym domu uwięzić się na własne życzenie.

 

Fundacja MaMa realizuje mnóstwo ciekawych, oryginalnych projektów typu ChustoMama czyli warsztaty noszenia dzieci w chustach, czy "Z dzieckiem w kinie". Czy może Pani opowiedzieć o tym z jakim odzewem spotyka się Wasza działalność?

 

Sporym - zarówno lokalnie, jak i na skalę ogólnopolską. Dzięki naszym projektom i kampaniom społecznym coraz więcej osób dowiaduje się o problemach matek i stara się na nie zwracać uwagę. Nasze działania przebiegają na rożnych poziomach: rynku pracy i ekonomii, edukacji i działań artystycznych oraz na poziomie społecznym (czyli walki ze

stereotypami).

 

Prowadzicie arcyciekawą działalność wydawniczą skierowaną do Mam autorek i czytelniczek. Propagujecie literaturę edukującą seksualnie dzieciaki o której w przedszkolach czy szkołach można pomarzyć, wystarczy przytoczyć tytuł jednej z nich "Wielka księga cipek"Dan Höjer, Gunilla Kvarnström. Czy może Pani coś powiedzieć na ten temat?

 

Chcemy dzieci traktować jak ludzi, traktować je poważnie. W Polsce panuje jakieś potworne przeświadczenie infantylizowania 6 czy 7 -latków. Szczebioczemy im nad głowami, oszukujemy, a wymagamy, aby nas szanowali. Dobrze jest, kiedy pokazujemy i tłumaczymy im świat w normalny, poważny sposób. Nasze książki, które wydajemy oraz które promujemy, są dla myślących, świadomych rodziców, którzy nie boja się trudnych tematów.

 

Na Waszej stronie można przeczytać w kontekście Warszawskiej Europride 2010 że wspieracie Mamy lesbijki. Nie mam wątpliwości iż Mamy lesbijki są znakomitymi Mamami. Czyli jak rozumiem Fundacja MaMa jest za legalizacją prawa do posiadania dziecka przez pary homoseksualne?

 

Uważamy, że w obecnej sytuacji niezbędne jest unormowanie prawne osób nieheteroseksualnych, które maja dzieci (z in vitro, z poprzednich związków czy z adopcji). To obecnie szara strefa żyjąca w ostracyzmie społecznym i poza prawem. Co się stanie potem z dziećmi? Kto, tak naprawdę, jest ich rodzicem? To należy uregulować i przestać miotać ideologicznymi argumentami, bo ta sprawa istnieje i należy się nią zająć. Nawet, jeśli kościołowi się to nie podoba.

 

Sylwia Chutnik jest kulturoznawczynią, absolwentką Gender Studies na UW, warszawską przewodniczką miejską, działaczką społeczną, członkinią Rady Fundacji Feminotek

piątek, 27 sierpnia 2010
Barometr Warszawski czyli stołeczna demokracja

Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiedziała wczoraj iż jeżeli zostanie wybrana na kolejną kadencję, Miasto przeprowadzi sprawdzenie opinii warszawian za pomocą „Barometru Warszawskiego”, na temat budowy kolejnego pomnika poświęconego ofiarom katastrofy smoleńskiej. Rozpoczęła się wyborcza kampania samorządowa czy nastąpiło autentyczne poszerzenie demokracji?

 

Prezydent jednoznacznie broniła wczoraj wyłącznego prawa mieszkańców miasta społecznego do decydowania o tym jakie pomniki znajdą się w przestrzeni publicznej Warszawy. Wydawać by się mogło iż Warszawa zamieniła się w szwajcarski kanton gdzie ogół obywateli poprzez referenda relatywnie często podejmuje decyzję w kluczowych dla siebie sprawach. Nic bardziej mylnego, wyniki cyklicznego badania opinii publicznej o nazwie „Barometr Warszawski” nie są dla rządzących wiążące, warto dodać iż w większości wypadków dotychczasowe badania potwierdzały intencje władz.

 

Barometr Warszawski przeprowadzany jest od 2003 roku. Zainicjował go Prezydent Warszawy Lech Kaczyński, ten fakt został skrzętnie pominięty w relacjach prasowych dotyczących czwartkowej wypowiedzi Prezydenta Warszawy z ramienia P.O. Dodatkowo, Rzecznik Miasta stwierdził iż w przeciwieństwie do poprzedniej kadencji samorządu tym razem wyniki „Barometru”będą jawne i udostępnione na stronach internetowych. Z wyjątkiem pierwszego badania, przeprowadzonego przez firmę ARC Rynek i Opinia, od 2004 roku „Barometr” przeprowadza Centrum Badania Opinii Społecznej.

 

Barometr Warszawski realizowany jest na 1100 osobowej, losowej i reprezentatywnej próbie mieszkańców stolicy. Ankieterzy odwiedzają warszawian w ich domach, „maksymalny statystyczny błąd pomiaru dla tej wielkości próby wynosi +/- 3%” , możemy się dowiedzieć na stronach miejskiego serwisu. W związku z kryzysem finansów samorządowych w tym roku ilość przeprowadzonych badań została zmniejszona z czterech do dwóch. Koszt jednorazowego badania to około 60 tysięcy złotych.

 

Mimo iż wyniki badań Barometru Warszawskiego nie mają mocy sprawczej i dla rządzących są jednym z parametrów pomagających podjąć decyzję, jest on ważnym elementem demokracji. Ewidentnie zbliża rządzących z rządzonymi i wzbogaca stołeczne życie polityczne. W sprawie uczczenia "katastrofy smoleńskiej" które to nieoczekiwanie zaczęło dzielić Polaków ma też wymiar ogólnopolski. Być może nagłośnienie istnienia "Barometru Warszawskiego" spowoduje iż również w innych regionach, samorządowi włodarze zaczną brać pod uwagę opinię swoich wyborców. Mniejsze miasta nie mają takiego luksusu jak Warszawa,w której wydarzenia są na tyle istotne iż media komercyjne badają opinie jej mieszkańców.

 

Z sonadażu SMG/KRC przeprowadzonego dla TVN24 26 sierpnia wynika iż 69 procent warszawiaków "jest przeciwnych umieszczeniu przed Pałacem Prezydenckim pomnika ku czci ofiar katastrofy w Smoleńsku". Z sondażu przeprowadzonego przez ośrodek GfK Polonia dla dziennika "Rzeczpospolita", wynika zaś iż 63 proc. badanych twierdzi iż w Warszawie powinien stanąć pomnik ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej, 30 proc. jest temu przeciwna. Pytanie jakie preferencje ujawni "Barometr Warszawski".Apelujemy zatem o więcej demokracji, więcej „Barometru” i jednomandatowe okręgi wyborcze w samorządzie Warszawskim.

 

wtorek, 24 sierpnia 2010
Kreatywna konfrontacja-wywiad z szefem Greenpeace Polska

"Przez ponad 39 lat swojego istnienia, organizacja sprawdziła na setki sposobów skuteczność różnych form kreatywnej konfrontacji"mówi Robert Cyglicki, szef Greenpeace Polskaw kontekście protestu na dachu Ministerstwa Środowiska.

 

ekjw: Wydaje się iż radykalne działania w akcjach ekologów są wyjątkowo skuteczne. Przynajmniej jeśli chodzi o sytuacje jeśli jedną ze stron jest państwo, a nie prywatne przedsiębiorstwa. Często jest to balansowanie na granicy prawa lub nawet łamanie prawa. Wiem że od wielu lat działa Pan w ruchu ekologicznym, ciągnie mi aby zapytać ile razy zakładano Panu kajdanki w związku ze swoim działaniami, zadam jednak inne pytanie. Czy działania na drodze formalnej jakie Państwo podejmujecie nie przynoszą efektu?

 

R.C: Tam gdzie są pieniądze, potężne wpływy i interesy, prym wiedzie polityka faktów dokonanych. W takiej sytuacji podejmowanie samych działań formalnych po prostu nie ma sensu. Tak długo jak nikt o nich nie usłyszy, nikt się nimi nie przejmie. Kwestie dotyczące ekologii giną w gąszczu formalnych i administracyjnych procedur. Sądy orzekają najczęściej po fakcie, a więc dopiero gdy gołym okiem widzimy wyrządzone szkody. Mając wyrok w garści skupiamy się z kolei na skutkach, zapominając jednocześnie o przyczynach. Brakuje czasu na refleksję. Wcześniejsze prośby, wnioski i apele nie mają już żadnego znaczenia. To takie nasze abecadło współczesnego państwa, o którym nie zapominamy realizując swoje kampanie.

 

ekjw: Protest z zeszłego tygodnia trwał trzy dni, negocjacje zakończyły się kompromisem. Negocjacje z ekspertami ministerialnymi muszą być trudną sprawą? Czy w Państwa organizacji są osoby wyspecjalizowane w negocjacjach?

 

R.C: Pan minister powiedział, że nie były to trudne negocjacje, bo mieliśmy ten sam cel. Dla mnie osobiście były to cholernie trudne cztery godziny. W przeciwieństwie do pana ministra nie miałem pod ręką swoich doradców, ekspertów i speców od komunikacji. Z kolei na dachu ministerstwa w temperaturze przekraczającej 40 stopni Celsjusza, w pełnym ekwipunku alpinistycznym, czekali na mnie aktywiści. Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał spojrzeć im prosto w oczy. Powiedzieć w telegraficznym skrócie co zrobiłem w sprawie, dla której zrezygnowali z osobistych wygód i poddali się karnym konsekwencjom swojego czynu.

Wracając jednak do meritum pytania, choć myśleliśmy o wielu wariantach zakończenia protestu, nie byliśmy profesjonalnie przygotowani do negocjacji. Być może dlatego, tak a nie inaczej, oceniam skalę ich trudności.

 

ekjw: Kilka osób spędza trzy doby okupując dach budynku, to chyba duża akcja logistyczna, może Pan nam coś powiedzieć o „know how” takich operacji? Nowoczesne technologia powodują iż takie protesty można błyskawicznie umiędzynarodowić, co pokazują zeszłotygodniowe protesty pod Polskimi ambasadami w Niemczech,Austrii, Rumunii i Nowym Jorku. Jak wygląda współpraca „narodowych” Greenpeaców?

 

R.C: Przez ponad 39 lat swojego istnienia, organizacja sprawdziła na setki sposobów skuteczność różnych form kreatywnej konfrontacji. Zresztą nie tylko samych akcji, ale również całych kampanii, które zmieniały na przestrzeni lat decyzje polityków i społeczną wrażliwość na kwestie dotyczące ekologii. Zastanówmy się przez moment, które z istniejących mocarstw przeprowadziłoby dziś naziemne próby broni jądrowej bez obawy, że spotka je publiczny lincz i międzynarodowe sankcje? Niewiele osób wie, że zawdzięczamy to głównie grupie śmiałków, którzy w 1971 r. po raz pierwszy odważyli się wypłynąć niewielkim kutrem w kierunku wyspy Amchitka, gdzie Stany Zjednoczone detonowały swoje ładunki nuklearne. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Mamy Internet, telefony komórkowe, motorówki, statki, a nawet helikopter - o ile oczywiście jest to niezbędne. A mimo to nie jesteśmy ani bardziej, ani też mniej skuteczni. Po prostu dotrzymujemy kroku istniejącym realiom. Niezmiennie jednak naszym największym skarbem są ludzie. To właśnie ich upór i dterminacja powoduje, że niemalże w ciągu jednego dnia są w stanie zoorganizować protesty w różnych zakątkach świata.

 

ekjw: Jak Pan ocenia świadomość ekologiczną Polaków i ich skłonność do aktywnego włączenia się w obronę przyrody?

 

R.C: Wydaje mi się, że coś w końcu drgnęło. Zamiast spędzać czas w hipermarketach, coraz więcej Polaków decyduje się na wyjazd poza miasto. Szukamy kontaktu z przyrodą, a w konsekwencji zaczynamy ją coraz bardziej doceniać. Rospuda pokazała dużej części społeczeństwa, że wybór przed jakim postawili nas politycy - kwiatki albo drogi - był z gruntu fałszywy. Powoli zaczęliśmy więc otwierać nasze głowy. Inicjatywa, którą obecnie wspieramy- www.tydecydujesz.org - ma na celu m.in. pokazać, że przyroda jest tym czym możemy się pochwalić przed całym światem.

 

ekjw: Z jednej strony międzynarodowa afera związana z „podrasowywaniem” badań dotyczących zmian klimatycznych z drugiej wyczuwalne zmiany na gorsze otaczającej nas przyrody. Co może nam w tej sytuacji zaproponować Greenpeace Polska?

 

R.C: No właśnie ta afera doskonale pokazuje to o czym mówiłem na początku naszej rozmowy. Nikt nie interesuje się wynikami badań, czy też działaniami formalnymi, o ile te nie zostaną spektakularnie nagłośnione. I bynajmniej nie jest z czego się cieszyć. Miesiąc temu dwie niezależne komisje do zbadania „afery klimatycznej” opublikowały swoje raporty, w których jednoznacznie stwierdziły, że o fałszowaniu dowodów czy też ich „podrasowywaniu” nie może być mowy. Nikt jednak o tym nie mówi. W naszych głowach zakotwiczono „aferę klimatyczną” i kropka . Zrobiono to z pełną premedytacją. To , że na miesiąc przed światowym szczytem klimatycznym, ktoś wykrada i ujawnia ponad tysiąc emaili z prywatną korespondencję klimatologów, nie jest żadnym przypadkiem. Tym bardziej, że źródła tych publikacji prowadzą do Rosji i Arabii Saudyjskiej.

Zanim więc uwolnimy naszą świadomość od „klimatycznej kotwicy”, nie raz i nie dwa będziemy musieli odczuć skutki „ponadprogramowych” katastrof naturalnych. W tym roku wprawdzie ich nie brakuje, ale i tak temat jest mało popularny.

Na pytanie co może Greenpeace Polska zaoferować w tej sytuacji odpowiem, rozbrajająco szczerze - niewiele. Decyzje tutaj muszą podjąć sami politycy. My możemy tylko i wyłącznie nagłaśniać brudne interesy paliwowego establishmentu, rozmawiać z ludźmi i zachęcać ich do odpowiedzialnych decyzji. Bez względu na to, czy decyzje te dotyczą wyborów konsumenckich, czy też preferowanego modelu rozwoju naszego kraju.

Robert Cyglicki jest znanym ekologiem aktywnie działającym na rzecz ochrony środowiska, obecnie szefuje Greenpeace Polska.

czwartek, 05 sierpnia 2010
Ruszyła Warszawska Akademicka Pielgrzymka Metropolitalna

 

 

Uroczystą mszą o godzinie 7.00 rozpoczęła się trzydziesta Warszawska Akademicka Pielgrzymka Metropolitalna. Dla pątników to wielkie przeżycie duchowe jaki i fizyczne, trasa na Jasną Górę to 248 km. Tym razem pielgrzymka miała być wyjątkowa, żacy mieli nieść z sobą krzyż ustawiony pod Pałacem Prezydenckim.

Warszawska pielgrzymka ma wielką tradycję, pierwszy raz wyruszyła w 1711 roku. Pielgrzymi szli również w mrocznych czasach okupacji niemieckiej. W latach siedemdziesiątych prymas Stefan Wyszyński reagując na dynamiczny wzrost studenckich pielgrzymów z mazowieckiego, wyodrębnił z Pieszej Pielgrzymki Warszawskiej, pielgrzymkę przeznaczoną dla studentów i młodych ludzi.

Pielgrzymka młodzieży metropolii warszawskiej, pierwszy raz poszła na Janą Górę w 1981 roku. Roku „Solidarności” i stanu wojennego. W pierwszej Warszawskiej Akademickiej Pielgrzymce Diecezjalnej uczestniczyło 1400 osób. Pątniczy szlak wiedzie przez znane sanktuaria maryjne, między innymi w w Niepokalanowie.

WAPM jest największą polską pielgrzymką, rokrocznie przez dziesięć dni idzie w niej około 5.500 osób. Pielgrzymi podzieleni są na 16 grup, w tym jedna ma charakter wojskowy. Idą w niej żołnierze z różnych krajów, na przykład Federacji Rosyjskiej.

Mszę poranną w Kościele świętej Anny odprawił abp Kazimierz Nycz. Między godziną 9:30 a 11:30, pątnicy będą na odcinku ulicy Lazurowej - Babice Stare. Między godziną 11:00 a 14:00 odcinek Babice Stare - Borzęcin Duży. Między godziną 14:00 a 17:00 odcinek Borzęcin Duży – Leszno. Pielgrzymom życzymy wytrwałości i radości pielgrzymowania.

 

środa, 04 sierpnia 2010
Plac Defilad jest wręcz rewolucyjny, awangardowo miasto-bójczy i przewrotny

"PKiN stoi w ścisłym centrum - mało tego, nawet definiuje centrum które przed istnieniem Pałacu oraz Placu Defilad było duże mniej określone, tak naprawdę nie istniało" - o Pałacu Kultury i Nauki opowiada Michał Murawski, antropolog z z Uniwersytetu Cambridge.

eKjW - PKiN do rejestry zabytków został wpisany dopiero w 2007 roku, dlaczego tak późno?

 

Michał Murawski - Nie tylko aprobata Warszawiaków do Pałacu Kultury rośnie z roku na rok, ale również poziom wiedzy i świadomości o Pałacu. Pracownicy Pałacu mówili mi, że w 2005 roku kiedy Pałac świętował 50 jubileusz i Zarząd PKiN zorganizował ogromną liczbę wydarzeń nawiązujących do tej daty, mieli niemałe trudności z wywoływaniem zainteresowania wśród dziennikarzy. W tym roku, Zarząd nie zorganizował niczego, rocznica była mniej okrągła (55 to nie 50) ale zainteresowanie prasy oraz Warszawiaków było obezwładniające. Rzecznik Zarządu, varsavianiści oraz pałacolodzy różnych rodzajów byli oblegani bezlitośnie. Myślę że nasz stosunek do PRLowskiej przeszłości staje się coraz bardziej kompleksowy, a w związku z rozwojem społeczeństwa obywatelskiego jesteśmy coraz bardziej zainteresowani otaczającą nas traumatyczną, fascynującą ale i przedziwną przestrzenią miejską. Wszystko to sprawia, że interesujemy się coraz bardziej najważniejszym budynkiem w naszym mieście a jego moc oddziaływania na naszą codzienną rzeczywistość staje się coraz silniejsza.

 

eKjW - Wiadomo iż na czas budowy PKiN przyjechało do Warszawy, 3.5 tyś robotników z ZSRR. Jak wyglądało iż życie w Wawie, czy byli wyizolowani czy integrowali się przez lata (budowa trwała1175 dni) z ludnością stolicy?

 

M.M- Z opowiadań niektórych mieszkańców Jelonek, dzielnicy w której powstało osiedle dla radzieckich budowniczych Pałacu, wynika iż byli oni raczej odizolowani od otaczających ich warszawiaków. Oczywiście było sporo kontaktu, ale przede wszystkich na różnych poziomach nieoficjalności. Ale ja nie jestem historykiem Pałacu. Historia nie jest podstawowym tematem moich badań, raczej wątkiem pomocniczym który pomaga mi zrozumieć jego rolę w współczesnej Warszawie.

 

eKjW - Czy warszawski PKiN różni się czymś szczególnym na tle innych tego typu budynków zbudowanych w "obozie wschodni"?

 

M.M -Jest zdecydowanie najciekawszym z wszystkich z tych budynków. Jego pozycja w mieście jest dużo bardziej dominująca niż w każdym innym porównywalnym wypadku socrealistycznej budowli. Stoi w ścisłym centrum - mało tego, nawet definiuje centrum, które przed istnieniem Pałacu oraz Placu Defilad było duże mniej określone, tak naprawdę nie istniało - w przeciwieństwie do moskiewskich "siedmiu sióstr", które stoją naokoło centralnego rejonu miasta. Są mniej lub bardziej zintegrowane z otaczającą ich tkanką miejską, lub odizolowane od niej, jak n.p. gmach Uniwerstytetu Łomonosowa. Budynki jak siedziba Łotewskiej Akademii Nauk w Rydze albo Hotel Drużba w Pradze, są sporo mniejsze niż 100 metrów i urbanistycznie marginalne - no i nie są otoczone monstrualnie rozległym Placem Defilad, który jest wręcz rewolucyjnie, awangardowo miasto-bójczy i przewrotny. No i oczywiście Pałac Kultury nawiązuję do architektury "narodowej", przede wszystkim swoimi wyolbrzymionymi pseudo-renesansowymi attykami oraz drewnianymi wawelskimi sufitami. Jedyny budynek który chyba przewyższa Pałac Kultury swoją perwersyjnością jest Pałac Ludu w Bukareszcie. Ale to jest budynek z lat 80tych, jego obsceniczność jest dużo bardziej bolesna od Pałacu, nie posiada tej przytulności oraz warstw nostalgicznych skojarzeń jak nasz stalinowski moloch z lat 50tych, które pozawalają nam go przybliżyć do siebie w sensie pozytywnym, ukierunkować jego oddziaływanie w sposób który przyczynia się do przetwarzania naszej tożsamości miejskiej.

 

Jak Pana zdaniem PKiN wpisał się w przestrzeń miejską Wawy, po 1989 roku?

 

M.M- Fatalnie i optymalnie.

 

Michał Murawski

 

Autor jest antropologiem architektury z Uniwersytetu Cambridge, zbiera materiały do doktoratu na temat Pałacu Kultury, Placu Defilad i ich relacji z Warszawą. Michał Murawski prowadzi blog Pałacologia, zawierający interesujące informacje na temat PKiN.

niedziela, 01 sierpnia 2010
1 sierpień, program warszawskich obchodów Powstania

 

Po wczorajszym wiekopomnym odznaczeniem Aleksanda Kwaśniewskiego honorowym obywatelstwem Warszawy, dziś miasto zaczyna właściwe obchody Powstania. Ci którymch męczy mertyrologia mają jedno wyjście, zamknąć się w domu i wyłączyć wszelkie media.

 

O godzinie 10.00 odbędzie się uroczystość powstańcza przy pomniku Mokotów Walczący -1944. Zaraz potem w inscenizacji „Marsz Mokotowa” uczestnicy przejdą parkiem gen. Orlicz-Dreszera i ul. Puławską, do ulicy Dworkowej. Dwie godziny później uroczystości zmiany warty pod Grobem Nieznanego Żołnierza.

Również Wisła zostanie włączona w uroczystości upamiętniające Powstanie. Na wodnej trasie Wawer-Tarachomin odbędzie się spływ kajakowy "Wisłą przez miasto nieujarzmione". O godzinie 17.00 kajaki ze zniczami i transparentami przepłyną na wysokości Starego Miasta. O 14.00 odbędą się uroczystości przy podesejmowym pomniku Państwa Podziemnego.

 

 

 

Oczywiście aktywne będzie Muzeum Powstania Warszawskiego w którego parku Wolności, od godziny 14.00 impreza dla dzieci "Polegaj jak na Zawiszy". O 16.30 rozpoczną się uroczystości na Wojskowych Powązkach, pół godziny później główne obchody pod pomnikiem Gloria Victis. Od 16:00 koncert w Ogrodzie Saskim "Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój".

 

O godzinie 18:00 koncert słowno-muzyczny w Kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa "12 godzin z życia powstańca" z okazji Dnia Pamięci Warszawy. "Krahelska - dziewczyna niezwyciężona" ,czyli kolejne przedsięwzięcie recytatorsko-muzyczne, rozpocznie się o 18.45 w parafii p.w. św. Katarzyny .Od godziny 20.00 na placu Piłsudskiego "Warszawiacy śpiewają (nie)zakazane piosenki", czyli Warszawianie plus chór wychowanków hm. Władysława Skoraczewskiego, zaśpiewają „okupacyjne” piosenki.

 

Około godziny 21.00 odbędą się uroczystości na kopcu Powstania Warszawskiego przy ul. Bartyckiej. Obchody zakończy o północy premiera spektaklu teatralnego, zatytułowanego "Opowiem wam bajkę" w Muzeum Powstania Warszawskiego.

 

sobota, 31 lipca 2010
Dziś koniec „Jarmarku Europa”

Euro 2012 i związane z nim powstanie Stadionu Narodowego było przysłowiowym gwoździem do trumny największego rynku w europie wschodniej, jak się o nim mówiło. Odwiedzany przez setki tysięcy ludzi, przyjeżdżających tu również z całej Polski na zakupy hurtowe, był jednocześnie „świątynia” szarej strefy.

 

Niszczejący stadion X-lecia, został w 1989 roku wydzierżawiony przez miasto stołeczne Warszawa firmie Damis. Szybko korona stadionu i jej bezpośrednie okolice zapełniło około pięciu tysięcy handlowców. W zasadzie można tu było kupić wszystko, papierosy i alkohol bez banderoli, nielegalne oprogramowanie i broń. Miliony zarekwirowanych pirackich płyt różnego typu, dziesiątki tysięcy postępowań karno-skarbowych wobec handlowców, to rzeczywistość „Stadionu”. Jednocześnie miejsce to stało się najżywiej tętniącym punktem stolicy. To właśnie tu najbardziej widoczna była multietniczność Warszawy. Osobiście wchodząc na „stadion” czułem się jakbym opuszczał Polskę i wchodził w świat jakiegoś wschodniego targu.

 

Jednak skala handlu i jego charakter zaczął w końcu przeszkadzać władzą lokalnym. Po 18 latach, w 2007 roku z korony stadionu zostali usunięci handlarze. 31 lipiec 2010 jest ostatnim dniem handlu również w okolicach stadiony, który to zamieniły się w prawdziwe miasteczko handlowe, w którego „uliczkach” można było się autentycznie zgubić. Kupcy zostali zmuszeni do przeniesienie się na ulicę Marywilską lub ulicę Bakalarską w podwarszawskich Włochach.

 

Na naszych oczach kończy się pewien etap historii Polski. Stołeczne symbole „pierwotnej akumulacji kapitału” i zamiany kosmicznego socjalizmu na kapitalizm, czyli handlowcy spod Pałacu Kultury i Stadionu, znikają.

 

Powstanie'44 kulisy. Podjęcia decyzji o Godzinie W - cz.1

"Unikajmy w przyszłości rad prowokatorów i nie przelewajmy krwi i nie niszczmy kraju dla wywołania propagandowych efektów" - Stanisław Cat-Mackiewicz , wybitny pisarz polityczno-historyczny

Prawie każdy z nas wie, że Powstanie Warszawskie rozpoczęło się 1-szego sierpnia (1944 r.) o Godzinie W czyli o 5-tej popołudniu. Znacznie mniej osób zdaje sobie sprawę z przypadkowości tej daty i tego, że nawet godzina rozpoczęcia walk została w ostatniej chwili zmieniona z od dawna zaplanowanej 2-iej w nocy na znaną nam i upamiętnioną 17-tą. Oraz z tego, że Powstanie wcale nie musiało wybuchnąć, a co najmniej na pewno nie na początku sierpnia’44.

Do połowy lipca samodzielne wyzwolenia Warszawy przez oddziały Armii Krajowej w ramach Akcji „Burza” nie było brane pod uwagę, w marcu’44 stolica została z niej wyłączona z uwagi na ryzyko wysokich strat ludzkich i materialnych.Jeszcze 7.7.1944 Komendant Główny AK rozkazał przekazać do oddziałów partyzanckich na wschodzie Polski w celu wzmocnienia tamtejszej „Burzy” 900 pistoletów maszynowych produkcji konspiracyjnej „Błyskawica”. W Warszawie zostało tylko 600 sztuk tej podstawowej broni przewidzianej do walki w mieście, również przez regulaminy AK. A zgodnie z planem powinno było ich być 2300 ! (tyle ile drużyn bojowych AK okręgu warszawskiego)

 

Niepowodzenia militarne i polityczne próby samodzielnego wyzwolenia Wilna 7-13.7.1944 (w końcu zostało one wyzwolone wspólnie z Armią Czerwoną, która następnie rozbroiła i „internowała” swoich niedawnych, kilkudniowych sojuszników – ZSRR nie utrzymywał z polskim rządem, ani żadną jego agendą stosunków, od czasu wpłynięcia sprawy Katynia ) spowodowały zmianę decyzji w sprawie Warszawy – pod naciskiem wysłannika Naczelnego Wodza Sosnkowskiego generała Okulickiego i innych przekonanych przezeń „jastrzębi” Komendant Główny AK gen. Tadeusz Komorowki „Bór” podjął 21.VII decyzję o wyzwoleniu stolicy własnymi AK-owskimi siłami przed dotarciem do niej wojsk sowieckich.

 

22.7.44 obecni na naradzie oficerowie Komendy Głównej AK podzielili się na zwolenników bezwzględnego, jak najszybszego podjęcia walki i mających wątpliwości, postulujących ostrożność i rozwagę, zwłaszcza w doborze momentu rozpoczęcia powstania. Najbardziej aktywnymi „jastrzębiami” był wspomniany gen.Okulicki „Kobra”, z-ca Bora gen. Pełczyński (były oficer wywiadu, tzw. Wydziału Drugiego – „dwójki” - Sztabu Generalnego WP), komendant warszawskiej AK pułkownik Chruściel „Monter” – późniejszy faktyczny dowódca Powstania Warszawskiego i szef BIP (= PR powiedzielibyśmy dziś) płk. Rzepecki – m.in. przełożony Władysława Bartoszewskiego – to bardzo ciekawa postać, dlatego zwrócę na nią uwagę w cz.II.

 

Do rozsądku nawoływali m.in.: najinteligentniejszy zdaniem przełożonych i kolegów oficer KG AK, dlatego też mianowany na zastępcę szefa sztabu AK – płk. dyplomowany Bokszczanin ( m.in. b.dowódca plutonu w 4 pułku huzarów Armii Ochotniczej gen.Denikina), komendant Obszaru warszawskiego (jakby województwa) gen. Skroczyński (oświadczył Borowi: „nie ma pan prawa podejmować decyzji, która jest niczym innych niż samobójstwem”), płk. artylerii Płuta-Czachowski, nawet umiarkowany zwolennik wystąpienia zbrojnego płk.Szostak (przypomniał, że bez pomocy lotniczej aliantów i przysłania Brygady Spadochronowej nie osiągnie ono powodzenia) i szef wywiadu AK płk. Kazimierz Iranek-Osmecki ps.”Heller” .

27.7 wieczorem (wg innych źródeł popołudniu) płk. Chruściel, wobec niemieckiego wezwania stawienia się ludności do kopania okopów, samowolnie przeprowadził mobilizację podległej mu warszawskiej AK, narażając wielu ludzi na dekonspirację, a słabo uzbrojone oddziały na przedwczesną walką, co oznaczałoby ich zagładę. Postawił całą organizację w stan pogotowia bojowego, które wg planów stanowiło przedostatni krok przed wystąpieniem zbrojnym i nie mogło być cofnięte. Pasywne zachowanie Niemców nie spowodowało straszliwych konsekwencji tej decyzji. Następnego dnia anulowano tą decyzję.

 

28.7 ppłk Muzyczka wraz z legendarnym dziś szefem Dywersji Emilem Fieldorfem-Nilem przedłożyli gen. Borowi memorandum krytykujące plany wybuchu powstania wobec wrogiej postawy ZSRR do AK i jej "słabości w porównaniu z Niemcami". Obecny przy tym „jastrząb” Okulicki ostro skrytykował dokument i postawę protestujących, mówiąc, że nad rozkazem się nie dyskutuje, decyzja została podjęta i "odmaszerować". Dodał, że "widzi szansę wygrania bitwy o Warszawę".

 

29.7 podjęto jeszcze jedną ryzykowną (wg niektórych szaleńczą) decyzję – zmieniono godzinę wybuchu walk z pory nocnej (2:00) na popołudniową (17:00). Argumentacja – krótszy upływ czasu czasu od wydania ostatecznego rozkazu „Do boju” do jego wykonania. I mętne tłumaczenie, że Niemcy wiedzą o nocnym planie ataku, więc w biały, jasny dzień nie spodziewają się go. Zmiana ta pozbawiła atakujących największego ich atutu i zasłony – ciemności. Miała ona być szansą choćby jakiegokolwiek zrównoważenia olbrzymiej dysproporcji uzbrojenia i wyszkolenia dla prawie bezbronnych, ale znających „każdy kąt” miejscowych. (Co też do końca tak nie było, przykład – nie wykorzystanie podczas ataków podziemnych przejść licznych w starej Warszawie). Dzięki zmianie zmniejszyła się możliwość wprowadzenia w szeregi wroga zamieszania, nieprzejrzystości, chaosu. Do tego zapomniano o wyłączeniu Niemcom telefonicznej łączności… Popołudniowy termin skracał dodatkowo o kilka godzin czas na mobilizację ludzi i przetransportowanie nielicznej broni z konspiracyjnych magazynów. Dla pułkownika Chruściela najważniejsze było, aby Armia Czerwona nie ubiegła go w zajęciu Warszawy. Nie wiedział, że ani sił, ani chęci (pierwszoplanowych celów) ona ku temu nie ma.

 

Jednocześnie zmieniono miejsce planowanego pobytu KG AK na czas powstania – z Mokotowa na Wolę, co przyniosło za sobą konieczność przebazowania tam jako ochrony najlepszej jednostki warszawskiej AK – Zgrupowania Dywersji płk. Radosława-Mazurkiewicza (bataliony „Zośka”, „Parasol”, „Czata”, „Miotła”, „Pięść”), która w dniu rozpoczęcia walk 1-szego sierpnia nie miała tam istotnych celów do zrealizowania. A na Mokotowie zostawiła konkretny i realny plan zawładnięcia niemieckimi redutami, ważnymi strategicznie i bogatymi w broń…

 

29.7 dotarł w końcu do KG AK emisariusz rządu (premiera Mikołajczyka) i Naczelnego Wodza (gen. Sosenkowskiego) Jan Nowak-Jeziorański. Jego późne spotkanie z gen.Borem było spowodowane niepowiadomieniem w czas przez odpowiedzialnego za to gen. Tatara z Londynu. Po wojnie w bardzo podejrzanych okolicznościach wrócił on do PRL (wraz z 350 kg złota i 2,5 mln U$D Funduszu Obrony Narodowej za co został przez Bieruta odznaczony Krzyżem Orderu Odrodzenia Polski. Tatar nie poinformował również gen.Bora o odmowie udzielenia pomocy lotniczej przez Brytyjczyków). Emisariusz przekazał informacje o politycznych postanowieniach teherańskich (podział Niemiec i Europy na 2 strefy wpływów – aliancką i sowiecką) oraz rozwiał nadzieje generała na wsparcie Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego, a nawet na masowe zrzuty broni, której podziemna armia była praktycznie pozbawiona. Przekazując te wiadomości miał jednak Jan Nowak wrażenie, że "przybył za późno" i „decyzja o walce została już powzięta wypadki przybrały bieg nieodwracalny. Obecni zastanawiają się wyłącznie nad tym czy już zaczynać czy jeszcze czekać”. ( J.Nowak „Kurier z Warszawy” str.311)

W tej kwestii zapamiętał wypowiedź płk. Bokszczanina „Sęka” : „Dopóki Rosjanie nie położą ognia artyleryjskiego na lewym brzegu Wisły, nie wolno nam się ruszyć”. Zapytany przez gen.Bora dodał m.in.: „Odwody pancerne, które Niemcy kierują pod Warszawę są pełnowartościowe i świadczą, że będą bronić się na przedmieściach. Dopóki sowieckie zamiary natarcia i zajęcia miasta nie są widoczne, nie powinniśmy zaczynać. Pojawienie się jakiegoś tam oddziału sowieckiego na krańcach Pragi o niczym jeszcze nie świadczy. Prowadzą po prostu rozpoznanie”. Wcześniej ów były wychowanek rosyjskiej armii i antybolszewicki żołnierz Białej Rosji powiedział prorocze słowa: „Jeżeli powstanie zostanie rozpoczęte za wcześnie, Stalin wstrzyma natarcie swych wojsk i zostawi AK sam na sam z Niemcami”. Znał dobrze perfidię bolszewików, wiedział, że można oczekiwać od nich wszystkiego. Dodał, że "walkę można zacząć gdy Sowieci zajmą Pragę, zgromadzą odpowiednie środki przeprawy (wobec niechybnego zniszczenia mostów) i sforsują Wisłę nad lub pod Warszawą". Gen.Bór zgodził się z jego postulatami. Dziwnym jednak trafem płk. Bokszczanin został w następnych dniach wysłany poza Warszawę, tak jak inny przeciwnik powstania gen. Skroczyński. Żeby nie przeszkadzał ?

 

29. i 30.07 polskojęzyczne radiostacje z Moskwy i PKWN z Lublina nadawały wezwania do ludności Warszawy o okazanie pomocy Armii Czerwonej w wyzwoleniu stolicy. Lewicowa Polska Armia Ludowa w swojej gazetce informowała fałszywie, że gen. Bór i cała KG AK uciekła z Warszawy i wzywała do walki pod swym kierownictwem. Wywołało to duże wzburzenie Komendanta Głównego.

 

30.7 na codziennej naradzie sztabu KG AK Okulicki niezadowolony z odwlekania decyzji o początku walki przez gen. Bora agresywnie skrytykował jego postawę porównując ją do niezdecydowania i tchórzostwa wodza Powstania Listopadowego gen. Krukowieckiego (Skrzyneckiego ?) i grożąc podobnym potępieniem przez Historię. Obecni oficerowie oniemieli oczekując co najmniej wyrzucenia z narady podkomendnego, który tak zachował się w stosunku do swego przełożonego. Spokojny i kulturalny jak zwykle Tadeusz Komorowski nie zareagował. Widać było jednak, że słowa te zrobiły na nim wrażenie, jakby ugiął się pod ich ciężarem.

 

31.07 na porannej odprawie KG AK wobec informacji szefa wywiadu płk. Iranka-Osmeckiego, że Niemcy skutecznie powstrzymali ataki Sowietów i przeszli do natarcia oraz wniosków typu: „najbliższe dni nie przyniosą przełomu w sytuacji przed Warszawą”, Komendant Główny AK zapowiedział: „walka nie zostanie podjęta 1 sierpnia i najprawdopodobniej też nie 2-go sierpnia”. Wobec tego najżarliwszy zwolennik natychmiastowej walki płk. Rzepecki powiedział głośno: „w tych warunkach nie przyjdę na popołudniową odprawe (o 18-tej), można byc pewnym, ze nie zapadnie żadna decyzja, a ja nie mam czasu".

 

Co się więc stało, jakim cudem następnego dnia Warszawa zabrzmiała hukiem wystrzałów Godziny W ? Opowiem o tym w kolejnej notce. Wraz z kilkoma uwagami na temat głównych sprawców tej decyzji.

 

Reedycja tekstu Witolda Piekarskiego, autora blogu Salonu24

08:54, ekurierwarszawski , Warszawa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 lipca 2010
Wystawa zdjęć „Cztery pory Gierka Polska lat 1970-1980 w fotografiach z Agencji FORUM”

Dynamicznie rozwijający swą działalność edukacyjno - kulturalną Dom Spotkań z Historią, proponuje nam obejrzenie wystawy o dekadzie lat siedemdziesiątych w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Zdjęcia w liczbie 150, dotyczące „straconej dekady” pochodzą z agencji Forum. Wystawę można oglądać od dziś.

 

Pierwsza połowa lat 70 jest najsłabiej zbadanym okresem PRL, powszechnie panuje opinia że nastąpiła wówczas liberalizacja systemu politycznego oraz prosperita ekonomiczna. Symptomy kryzysu ekonomicznego pojawiły się jednak już w 1974 rok. Mit stworzony przez bodaj najskuteczniejszego socjotechnika wśród polskich sekretarzy PZPR pozostał. Do dziś pamiętamy hasła „Pomożecie?” czy „Żeby Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej.”

 

Oglądając zdjęcia zgromadzone na wystawie „Cztery pory Gierka”, możemy między innymi przenieść się do czasu realizacji wielkich projektów infrastrukturalnych. Warszawie zbudowano wówczas Trasę Siekierkowską i szpecący do dziś miasto gmach Dworca Centralnego. Zdjęcia dobrze pokazują komunistyczne zrytualizowanie sfery publicznej.

 

Pierwsze butelki kapitalistycznej Coca Coli, polskie fiaty na włoskiej licencji wszystkie te obrazy są głęboko zakodowane w umysłach wielu milionów Polaków. Wystawę rozpoczyna ilustrowana kronika lat 70-tych, bardzo ciekawie opisana poprzez ówczesne dowcipy, hasła propagandowe czy panującą nowomowę.

 

Postać Edwarda Gierka, przywódcy komunistycznej Polski, mówiącego po francusku i walońsku jest do dziś niejednoznaczna. Z jednej strony nie pozwolił na użycie broni wobec społeczeństwa, tak jak jego poprzednik i następca. Z drugie strony to właśnie za jego czasu rozbudowano do monstrualnych rozmiarów aparat policji politycznej. Osoba Gierka pojawiła się w czasie ostatniej prezydenckiej kampanii wyborczej, tym samym wystawa DSH okazała się bardzo aktualna. Można zadać sobie pytanie czy Edward Gierek pogodzi przeciwstawne wizje PRL-u?

czwartek, 22 lipca 2010
Koncerty z Koksem

Zapewniamy iż nie chodzi o to iż artyści czy też uczestnicy koncertów będą mieli coś wspólnego z tym coraz bardziej popularnym narkotykiem. Nazwa nawiązuje do słynnych „koksowników” dających ciepło między innymi w stanie wojennym. Dziś w łazienkowskim Teatrze na Wyspie pierwszy z serii rewelacyjnych koncertów pokazujących twórczość najciekawszych muzyków ostatnich lat. Wieczorem o godzinie 21.00 imprezę rozpocznie szczecinianka Katarzyna Nosowska, która zaprezentuje swój projekt związany z własną adaptacją twórczości Agnieszki Osieckiej.

Teatr na Wyspie do tej pory wykorzystywany w większości przypadków jako scena sztuk tradycyjnych, tym razem w każdy czwartek o godzinie 21 zamieni się w świątynie ambitnej, nowoczesnej muzyki. Następny koncert to genialna Gaba Kulka i Jan Młynarski z projektem Młynarski plays Młynarski. Na scenie zagości również BiFF z koncertem "Pies, Ślązak i Masłowska"oraz Motion Trio. Wszystkich muzyków znamy znakomicie, nie trzeba ich przedstawiać, ich dorobek gwarantuje szaloną zabawę w upalne warszawskie wieczory.

Cykl zakończy Entreé Piosenki Niegłupiej. Bilety na poszczególne koncerty kosztują 30 zł i te pieniądze na pewno są dobrą inwestycją. Uczestnikom i artystom życzymy wspaniałej zabawy. Organizatorom zaś tego aby koncerty młodej ambitnej muzyki stały się nową świecką tradycją w Teatrze na Wyspie.

 

wtorek, 20 lipca 2010
Czy Warszawianie odzyskają Łazienki?

Pod koniec zeszłego tygodnia minister kultury Bogdan Zdrojewski ogłosił nominację na nowego dyrektora Muzeum Łazienek Królewskich w Warszawie. Tadeusz Zielniewicz, bo o nim mowa zaraz po tym fakcie powiedział iż Warszawianie będą mogli wchodzić na trawniki swojego najpiękniejszego parku miejskiego.

 

Ta rewolucyjna w Warszawie propozycja, w państwach zachodu jest oczywista .W królewskich parkach Kopenhagi, Edynburga, Londynu czy Paryża w letnie dni mieszkańcy i turyści masowo okupują trawniki swoich wspaniałych parków miejskich. Są to miejsca pikników, spotkań rodzinnych czy towarzyskich. Trawniki sąsiadujące z wypielęgnowanymi klombami kwiatów są idealnym miejscem gdzie okazyjnie odbywają się na przykład wykłady wszelkiego rodzaju szkół letnich.

 

W Łazienkach musi być oczywiście być na opak. Park Łazienkowski poprzez status muzeum został podniesiony do rangi bogactw narodowych. Najlepiej aby „zwiedzający”, nie odpoczywający czy spacerujący, ale właśnie „zwiedzający” zachowywali się jak w muzeum czy teatrze. Rozmawiali ze sobą szeptem i byli ubranie na galowo. Nowy dyrektor, powiązany z firmami właścicieli koncernu ITI ma zamiar to zmienić, choć w jego zapowiedzi jest pewien haczyk. Chce on mianowicie otworzyć dla warszawian trawniki Łazienek, ale tylko ich wydzielony kawałek, co oznacza że może to być 5%, 90 hektarowej powierzchni Muzeum Łazienkowskiego.

 

Mamy nadzieje iż Łazienki w końcu zostaną oddane Warszawianom, którzy nie będą musieli wędrować już do Agrykoli aby tam usiąść w pachnącej, zadbanej trawie. Odbieramy tą ewentualną decyzją jako oddanie części przestrzeni miejskiej jej mieszkańcom. Niech Warszawa w opisywanym temacie stanie się miastem europejskim.

 

poniedziałek, 19 lipca 2010
O wolnorynkową reformę komunikacyjną w Warszawie

Liberalizm gospodarczy zakłada, że państwo powinno być tylko bocznym graczem na rynku, i pilnować jedynie przestrzegania reguł gry rynkowej oraz takowe ustalać. Nie powinno interweniować, ani w budowę metra, ani nawet w budowę dróg, torów, lotnisk etc. Wszystko to może dokonać kapitał prywatny, jeśli stworzy się odpowiednie ramy dla jego działalności. Jedynie w przypadkach gdy dana inwestycja jest potrzeba społecznie, a nierentowna, można zaoferować podmiotom prywatnym odpowiednią dopłatę, i rozpisać przetarg szukając podmiotu który ją zrealizuje najmniejszym kosztem dla społeczeństwa.

 

Praktyka pokazuje, że jeśli wygonimy sektor państwowy z interwencjonizmu w sektorze transportu, to na terenach zurbanizowanych dominować zaczyna komunikacja miejska, bo budowa dróg w terenie zurbanizowanym jest bardzo droga. Pojazdy muszą płacić myto za wjazd do centrów i zajęcie odcinka drogi, ponieważ przepustowość ulic nie jest dobrem nieskończonym i musi być racjonowana przez niewidzialną rękę rynku.

 

Zaangażowanie pieniędzy podatników można znacząco zminimalizować. W Wielkiej Brytanii komunalna spółka kolejowa Docklands Light Railway buduje swoje linie kolejowe w całości kosztem sektora prywatnego. W drodze przetargu najmuje prywatne firmy, które budują dla niej linie kolejowe i jeszcze je przez 30 lat eksploatują. Potem dopiero linia przechodzi na własność kolei komunalnej. W Polsce takie zaangażowanie kapitału prywatnego byłoby nie do pomyślenia. Po co się męczyć, skoro pieniądze można zabrać podatnikom? Tak właśnie postępuje miasto Warszawa. Według ostatniej decyzji tutejszych władz, koszt zakupu taboru dla linii kolei miejskiej na lotnisko Okęcie spadnie na podatników. Dlaczego? Po co?

 

Dlaczego po Warszawie do dziś jeżdżą stare tramwaje i autobusy? Ponieważ i Tramwaje Warszawskie, i Miejskie Zakłady Autobusowe, są komunalne, czyli państwowe. Czemu Szybka Kolej Miejska kursuje tak rzadko (co 30 minut), że prawie wcale? Bo jest komunalna, czyli państwowa. Czemu metro obsługuje tylko jedną linię mimo, że na terenie miasta jest kilkaset kilometrów zwykle niewykorzystanych torowisk? Bo jest komunalne, czyli państwowe! Czemu nie może powstać drugie lotnisko dla Warszawy? Bo za jego tworzenie zabrały się same podmioty komunalne i państwowe.

 

Szefowie warszawskiego Zarządu Transportu Miejskiego to, wnioskując z ich decyzji, zaprzysięgli etatyści. Być może brak im wiedzy ekonomicznej, być może nie są specjalistami z tego tematu. Odmiennie niż w innych miastach, tutejsze władze odpowiedzialne za transport miejski nie są znane ze swoich publikacji naukowych, jak szefowie zarządów transportu innych miast, niekiedy mający nawet tytuł doktorski. W Warszawie wygrały widać inne, nienazwane wprost kwalifikacje.

 

Warszawa mogłaby rozwijać i modernizować swój system transportu miejskiego bez obciążania podatnika. Nowy tabor, nowe linie – to wszystko może, i buduje na zachodzie kapitał prywatny. W zamian chce tylko godziwych zysków, ale też nie godzi się, by jego firmy były pożywką dla krewnych i znajomych królika. Co należy zrobić w Warszawie, to zburzyć królestwo w którym działają księżycowe prawa ekonomii nakazowo-rozdzielczej, i wprowadzić normalny, liberalny rynek transportowy.

 

Należy sprywatyzować spółkę Szybka Kolej Miejska, poprzez sprzedaż jej na rzecz inwestora branżowego. Już dziś, zamiast co 30 minut, tą samą jedyną linię możnaby tą samą ilością taboru obsługiwać co 15-20 minut. ZTM rozpisywałby przetargi na obsługę poszczególnych linii, przewoźnicy kolejowi składaliby oferty, a następnie obsługiwali te linie. Tabor kolejowy może być własnością ZTM, taka sytuacja występuje w wielu krajach.

 

Jest skrajnie nieodpowiedzialnym samo dopuszczenie do egzystencji firmy mającej tak wysoką pozycję monopolistyczną jak warszawskie przedsiębiorstwo autobusowe MZA. Siła monopolu dla warszawskiego rynku autobusowego jest alarmująco wysoka. Wystarczy jeden strajk pracowników tej firmy, by sparaliżować Warszawę. Ponadto firma ta, jak pokazują statystyki, żąda najwyższych stawek za wozokilometr spośród grona firm obsługujących warszawskie linie autobusowe. Pokazuje to, że o wyborze oferty MZA decydują inne względy niż ekonomiczne.

 

MZA należy poddać gruntownej reformie – każda zajezdnia (Woronicza, Redutowa, Ostrobramska, Kleszczowa, Stalowa) stałaby się odrębną firmą. Tak podzieliły swoje monopole w komunikacji miejskiej miasta, w których dochodziło do strajków – Gdynia i Białystok. W Warszawie, gdzie większość usług świadczą dwa komunalne monopole – MZA (obsługuje bodajże 80% rynku) i Tramwaje Warszawskie, monopol jest tragicznie wysoki, zwłaszcza jeśli oba komunalne podmioty potraktujemy razem.

 

Miasta które rozbiły swoje komunikacyjne monopole na mniejsze podmioty, z czasem zbudowały mechanizmy konkurencji pomiędzy nimi. Przewoźnicy autobusowi konkurują w przetargach zlecanych przez zarząd transportu stawką wozokilometra i np. jakością taboru. W Warszawie tego elementu wciąż jest zbyt mało, ponadto wysokie stawki, jakich żądają przedsiębiorstwa należące do miasta, powodują, że liczba zamawianych wozokilometrów jest mniejsza, przez co autobusów w ruchu jest mniej. Stąd wieczny ścisk w godzinach szczytu. Stąd białe plamy na mapie komunikacyjnej miasta. W systemie wolnorynkowym podmioty byłyby zainteresowane ich wypełnieniem bardziej niż obecnie. W Wielkiej Brytanii w miastach, gdzie transport autobusowy jest zliberalizowany całkowicie, takich białych plam niemal brak.

 

Tramwaje Warszawskie musi spotkać podobna reforma. Poszczególne zajezdnie tramwajowe byłyby sprywatyzowane, każda stałaby się odrębną firmą. Tramwaje Warszawskie jako spółka zarządzałaby już tylko siecią tramwajową, otwartą dla wszystkich przewoźników. Wymiana tramwajów i zaciągnięcie kredytów na zakup nowego taboru byłoby już zadaniem prywatnych podmiotów. Samorząd w drodze przetargu organizowanego przez ZTM kontraktowałby jedynie ilość pociągokilometrów jakie wykonywałby na sieci tramwajowej każdy przewoźnik. Epoka brzydkich, starych i obdrapanych tramwajów z plastikowymi siedzeniami odeszłaby szybko do lamusa.

 

Reasumując, w Warszawie konieczny jest odwrót od własności publicznej w transporcie i przyciągnięcie podmiotów prywatnych na ten domagający się kapitału rynek. Dziś tramwaje pękają w szwach, a coraz więcej pasażerów odpływa do motoryzacji indywidualnej. Także dlatego, że nie mieszczą się w przepełnionych autobusach i tramwajach. Trudno się dziwić korkom na warszawskich ulicach, skoro ktoś chcący dojeżdżać do pracy komunikacją miejską nie ma szans na znalezienie miejsca siedzącego.

 

Mówienie o konieczności przesiadki na komunikację zbiorową dla dobra środowiska i przyszłych pokoleń jest w obecnej sytuacji czystą demagogią – w niej nie ma wolnych miejsc. Warszawa potrzebuje obalenia dogmatu państwowych monopoli i wystawienia publicznych „rodowych sreber” na sprzedaż. Inaczej miasto pozostanie z systemem transportowym pogłębiającym proces upadku centrum miasta i odpływu zamożnych mieszkańców na przedmieścia, poza granice nękanego korkami i hałasem motoryzacyjnym miasta. Z takim systemem transportowym, Warszawa w skali Europy czy świata nie będzie atrakcyjną lokalizacją do osiedlenia się i robienia interesów.

 

Reedycja artykułu Adama Fularza z Blogu wolny-rynek

niedziela, 11 lipca 2010
Już jutro rozpoczęcie – Warszawski Festiwal Lato Filmów

Impreza odbędzie się już szesnasty raz. Projekcje obsypanych nagrodami na festiwalach filmowych obrazów będą się odbywały przez dziewięć dni w dwóch kinach Lunie i Rejsie. Atrakcją dla mieszkańców śródmieścia będą plenerowe projekcje na Agrykoli.

 

Organizatorzy Fundacja Działań Artystycznych i Filmowych Ruchome Obrazy z Warszawy, zapewnili, oprócz oglądania rewelacyjnych obrazów, ciekawe atrakcje. Jedną z nich są konkursy na najlepsze scenariusze, również filmów krótkometrażowych. W ramach festiwalu, spotkania ze znakomitymi reżyserami,między innymi Feliksem Falkiem i nagrodzonym ostatnio w Moskwie Janem Kidawą-Błońskim, jak również kilkudniowa konferencja scenarzystów Script Forum. Oprócz filmów nie pokazywanych jeszcze w polskich kinach, taki jak dramat psychologiczny Pawła Sali "Matka Teresa od kotów" opowiadając niepokojącą historię opartą na prawdziwej tragedii która wydarzyła się w Warszawie, również filmy znane.

 

Krótki rzut oka na listę filmów przygotowanych do wyświetlenia pokazuje że będzie to prawdziwa uczta koneserów dobrego filmu, nie tylko fabularnego, o czym świadczy choćby „Zatoka delfinów". Nie sposób wymienić fabuł godnych obejrzenia, poczynając od rewelacyjnego Lourdes opowiadającym o znanym sanktuarium, po głośnego „Proroka” czy „Dom Zły” Wojciecha Smarzowskiego. W kontekście zakończonej ostatnio głodówki przez jednego z kubańskich dysydentów warto jeszcze raz pokontemplować "Głód" w reżyserii Steve McQueena.

piątek, 09 lipca 2010
Walka z graffiti na Chmielnej

Wczoraj na tej jednej z najpiękniejszych ulic śródmieścia odbył się Festiwal Antygraffiti. W ramach projektu zorganizowanego przez „Fundacja CMP - Czy Mogę Pomóc?”- "Projekt Chmielna", trzy specjalistyczne ekipy oczyściły i zabezpieczyły elewacje czterech kamienic.

 

Tego typu akcja odbywa się już trzeci raz, ciekawostką jest „antygrafficiarska prewencja” polegająca na pokrywaniu „zagrożonych” frontów kamienic specjalną substancją która uniemożliwia nanoszenie nań farby w sprayu. Charakterystyczne jest również to iż bardziej na czystości elewacji zależy organizacji pozarządowej niż wspólnotom mieszkaniowym które są właścicielami wzmiankowanych nieruchomości. Cóż „a to Polska właśnie", chce się powiedzieć.

 

Celem Projektu Chmielna jest rewitalizacja i ożywienie ulicy Chmielnej. W opisie określającym działania związane z projektem pierwsze pięć punktów dotyczy właśnie szpecących ulice pseudo-graffiti. Brzmią one następującą :Usunięcie graffiti na całej długości ulicy przy pomocy specjalistycznych preparatów i poprzez malowanie, Zabezpieczenie wszystkich parterów i bram preparatami anty-graffiti,Bieżąca konserwacja wszystkich parterów i bram, w tym natychmiastowe usuwanie wszystkich nowych graffiti oraz innych zniszczeń (graffiti będzie usuwane w miarę możliwości rano w dniu, w którym zostało zauważone),Instalacja zintegrowanego systemu monitoringu wizyjnego oraz zatrudnienie ochrony pilnującej ulicy przez całą dobę i mającej wgląd w monitoring,Instalacja tabliczek „Obiekt monitorowany” na wszystkich elewacjach. Po tych informacjach widać jak profesjonalnie "Projekt Chmielna" podchodzi do sprawy.

 

Miejscy urzędnicy deklaratywnie popierają "projekt", ale na słowach się kończy, nie ma mowy o rozszerzenia wspaniałego pomysły budującego odpowiedzialność za przestrzeń miejską na inne ulice ,bądź na całe dzielnice. Jednocześnie w mieście trwa Street Art Doping, międzynarodowy festiwal graffiti, gdzie w odpowiednio wyznaczonych do tego miejscach realizują się mistrzowie farby w sprayu, z korzyścią dla estetyki miasta.

niedziela, 04 lipca 2010
Synagoga na Szerokiej.Warszawska Praga.

Cóż...Cofamy się w czasie do roku 1845, gdy coraz znaczniejszy odsetek ludności żydowskiej na Pradze (około 43 % - niemal połowa!) potrzebował nowego, obszernego miejsca modlitwy - główną synagogę Pragi mieścił niewielki drewniany budynek z roku 1807. Nowa synagoga powstała według projektu budowniczego miasta Warszawy Józefa Grzegorza Lessla (znanego także z projektu fabryki metalowej Mintera na Świętokrzyskiej , który zastosował unikatowe i pionierskie w Polsce rozwiązanie. Jako drugi budowniczy w Europie wzniósł synagogę na planie koła nadając jej formę rotundy - jedyne wcześniejsze rozwiązanie tego typu znamy z okolic Dessau w Saksonii; ogólnie w Europie powstało tylko sześć okrągłych synagog.

 

Były już wtedy na Pradze instytucje żydowskie: przy dzisiejszej Targowej 50/52 działała Elementarna Szkoła Wyznania Mojżeszowego (na pewno przed rokiem 1839), jednak to właśnie okrągła synagoga stała się zaczątkiem swoistego zespołu żydowskich gmachów: przed rokiem 1914 nieopodal wzniesiono zachowany do dziś budynek mykwy - łaźni rytualnej (proj. Nauma Hornsteina). Tuż obok mykwy stała jeszcze w latach 70 - tych XX w. eklektyczna kamienica Samuela Bergsohna (dziś: Kłopotowskiego 33/Pr. -1195), zaś już w pierzei ulicy Jagiellońskiej, obok synagogi, w okresie 1913 - 14 powstały zabudowania Domu Wychowawczego Warszawskiej Gminy Starozakonnych oraz Szkoły Warszawskiego Zarządu Towarzystwa "Synagoga" - budynki te zaprojektował Henryk Stifelman.

 

Nieco bliżej Wisły, przy obecnej ulicy Sierakowskiego 7, zrealizowano w okresie 1924-26 kolejne dzieło Stifelmana - Żydowski Dom Akademicki na 300 miejsc. Piszę o tym, by uzmysłowić jak dużo było na Pradze żydów, na Ząbkowskiej na przykład - na pewno więcej niż chrześcijan.Mimo dewastacji i profanacji synagoga przetrwała wojnę - w okresie okupacji budynek mieścił odwszalnię. Zdjęcie które dziś prezentuję wykonano już po wojnie; niesłychanym aktem barbarzyństwa było wyburzenie nieźle zachowanego budynku w roku 1955 - stał więc równe 110 lat. Na gruzach obsypanych ziemią urządzono saneczkową górkę, dodatkowo wykonano betonowe schodki; tuż obok powstał plac zabaw...

 

Gdy w latach dziewięćdziesiątych społecznicy wystąpili z projektem odbudowy unikalnego budynku, starli się z gminą żydowską, która miała zamysł odzyskać plac i wystawić tam apartamentowiec; ostatecznie gmina dostała rekompensatę i z roszczeń zrezygnowała. Planowaną rekonstrukcję mieli sfinansować sponsorzy lub miasto; póki co - z pomysłu nic nie wynika..Wierzę, że doczekam rekonstrukcji synagogi. Mimo krytycznych głosów i opinii, unikatowy budynek po odbudowie miałby szanse znów zakorzenić się w świadomości praskiej społeczności - podobnie jak Zamek Królewski, którego w okresie 1944-71 nie było - odbudowano go dopiero za Gierka, a 30 lat niebytu...Cóż, epizod w dziejach miasta...

 

 

czwartek, 24 czerwca 2010
CBA znowu atakuje

Centralny Basen Artystyczny przy Konopnickiej zalewa nas fantastycznymi imprezami. Międzynarodowy festiwal tańca, impreza typu Stand-up / Open Pool, na której każdy może zaprezentować swoją twórczość lub żart. To tylko nieliczne propozycje na najbliższe dni jakie ma dla nas była kryta pływalnia.

Już dziś o godzinie 18.00 kolejna odsłona Festiwalu Teatrów Tańca Europy Zawirowania, o którym już pisaliśmy w eKjW. Dziś swoją sztukę tańca zaprezentują nam Bałtowie z Estonii. Fine 5 Dance Theatre zatańczy widowisko o nazwie „Phases” oparte na zdaniu „Taka mała myśl, a wystarczy by wypełnić całe życie”filozofa Ludwika Wittgensteina. Każdy kto lubi dynamiczny, żywiołowy taniec i nowoczesne dźwięki, będzie usatysfakcjonowany. Jeszcze tego samego wieczora etno koncert, Karoliny Cichej i Magdy Piskorczyk do śpiewu których zagra Stilo, czołowy polski zespół sceny alternativ-etno.

W czwartek i piątek kontynuacja „Zawirowań”. Jutro o 18:00 "Más o menos un día" - Larumbe Danza (Hiszpania). Grupa istniejąca już trzydzieści lat zaprezentuje spektakl poruszający temat więzi między kobietą i mężczyzną. W piątek o 17 Holendrzy z "Mighty MatPogo", czyli jak odtańczyć problematykę życiowej porażki.

Niedzielne Stand-up / Open Pool rozpocznie się o godzinie 18.00. „Otwarty mikrofon” daje możliwość wejścia na scenę i zaprezentowania swojego występu amatorom. Znakomitego humoru, scenek sytuacyjnych czy niebanalnego kabaretu nie powinno zabraknąć. Występy wieczoru będą dokumentowane przez kamery Comedy Central. Polecamy.

środa, 23 czerwca 2010
Czy Warszawa dorobi się nagrody literackiej z prawdziwego zdarzenia?

Wraca czysto stołeczna nagroda literacka, Warszawska Premiera Literacka. Warto dodać iż wraca w wielkim stylu, jej jury przyznawać będzie również nagrody retrospektywnie. To znaczy za miniony roku kiedy to z powodów finansowych radykalnie ograniczono liczbę nagród.

Czy Warszawska Premiera Literacka ma szansę dołączyć do najbardziej prestiżowych nagród za najlepsze książki ? Wydaje się że nie. Wiadomo nie od dziś iż prestiż w tej dziedzinie nie jest związany tylko i wyłącznie z ilością edycji przyznawania danej nagrody. W tej kategorii WPL jest bardzo wysoko, przyznawana jest bowiem od 1985 roku. Najważniejszym elementem jest KASA, czyli wysokość głównej nagrody. Jak ta sprawa wygląda w nowej odsłonie WPL? Mizernie, książka miesiąca otrzymywać będzie 5 tys. zł (w 2008 roku było to 2,5 tys.), a autor Książki Roku - 15 tys. zł (w 2008 roku było to 7,5 tys. zł.). Główna nagroda literacka „Nike” wynosi 100 tysięcy złotych, natomiast Kostki Literackie Nagroda Literacka Gdynia wzbogacają pisarza o 50 tysięcy złotych. Gdzie Rzym a gdzie Krym, spuentujemy zatem sprawę finansowania.

Dotychczas WPL przyznawał Instytut Książki, Biblioteka Publiczna Warszawy – Biblioteka Główna województwa mazowieckiego, Fundacja Kultury Polskiej oraz Zarząd Okręgu Warszawskiego Stowarzyszenia Księgarzy Polskich. Od tego roku WPL będzie finansowana przez Miasto. Nagrody mają jednak kilka atutów które mogą być wykorzystane przez Biuro Promocji Miasta. Książki nagradzane są raz w miesiącu. Pod uwagą brani są autorzy i tłumacze zameldowani w województwie mazowieckim, ma zatem ona silny ryt lokalny. W zeszłym miesiącu pod patronatem miasta powołano nowe jury nagrody. Jej przewodniczącym został tłumacz, eseista, historyk idei, prezes Polskiego Pen Clubu Adam Pomorski. Obok niego zasiądą w nim pisarka Anna Nasiłowska, bibliotekarka Wanda Monastyrska, pisarz, dyrektor Muzeum Literatury Jarosław Klejnocki, Stanisław Lenart ze Staromiejskiego Domu Kultury, dziennikarz Jacek Wakar, księgarz Czesław Apiecionek oraz Janusz Odrowąż-Pieniążek z Fundacji Kultury Polskiej. Na początku 2011 roku w związku z 25 -leciem nagrody przewidziane jest wybranie najlepszej książki z całego okresu funkcjonowania Warszawska Premiera Literacka .

wtorek, 22 czerwca 2010
Tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze to w Teatrze. Okupacyjny teatr.

Wbrew powszechnej opinii w okupowanej Warszawie, teatry działające za zgodą Niemców cieszyły się wielką popularnością. Dochodziło do sytuacji kiedy to do sal teatralnych młodzież związana z Państwem Podziemnym wpuszczała gaz. Jeden z dyrektorów koncesjonowanych teatrów Józef Grodnicki został ostrzyżony na scenie przed publicznością.

 

W czasie wrześniowych bombardowań stolicy oraz Bitwy Warszawskiej kilka teatrów zostało zniszczonych lub poważnie uszkodzonych. Zbombardowano między innymi gmach Teatru Narodowego. Już na początku 1940 roku środowisko artystyczne złożyło do władz niemieckich petycję postulującą wznowienie działalności kulturalnej. Została ona odrzucona, niemiecki okupant wybrał drogę koncesjonowania podrzędnych teatrzyków i kabaretów. Ich poziom miał odpowiadać intelektualnie i moralnie widzom zaklasyfikowanym do rasy podludzi. Nie wiedziano wówczas jak będzie wyglądała okupacyjna Warszawa, czy „okupacja” w ogóle się skończy. Niemcy ogłosili obowiązek rejestracji pracowników kultury. Pojawiło się pytanie rejestrować się czy nie? Władze podziemne oraz podziemny ZASP,już na początku 1940 roku zabronił występowania aktorom na kolaboracyjnych scenach. Takich jak na przykład Theater der Stadt Warschau czyli były Teatr Polski czy Sommer Spiele Theater w Łazienkach. W tym pierwszym grano między innymi Szopena, Karłowicza, Moniuszkę, teksty Adama Mickiewicz czy Stanisława Reymonta. Większość aktorów podporządkowało się tym decyzją. Rozpoczęła się era najlepszej obsługi kelnerskiej w historii polskiego teatru.

 

Mimo wszystko koncesjonowane teatrzyki rozkwitają, a ich organizatorzy zarabiają krocie. Tak jak ten w byłym kinie Palldium przy ulicy Złotej 7/9. Niemcy zmienili nazwę kina na Helgoland, tylko dla Niemców. Polacy mieli wstęp jedynie do teatrzyku o którym Józef Dąbrowa-Sierzputowski pisał „Z dawnej, przedwojennej publiczności została tylko garstka. (...) Inteligencja miała zastrzeżenia natury moralnej co do korzystania z teatrów.”(Wikipedia). Sieszputowski był krytykiem teatralnym, który pracował w gadzinowym „Nowym Kurierze Warszawskim”. Zaraz po wojnie spisał on arcyważny „Warszawski sezon teatralny 1940 -44”, po czym został skazany za kolaborację na dziesięć lat więzienia. Na ulicy Chłodnej działa rewia „Kometa”. Tryumfy święcą spektakle o charakterystycznych tytułach „Moczmy nogi” czy „Szał ciał”. Wkrótce doszło do wykonania wyroków na artystach lub krytykach uznanych za zdrajców, takich jak Eugeniusz Świerczewski. Ciekawy jest przypadek żołnierza Wojny Obronnej , aktora Andrzeja Szalawskiego który współpracował z Niemcami na polecenie Armii Krajowej. Aktor znany z roli „Juranda” z „Krzyżaków” z po wojnie miał zakaz występowania na scenach. Wydaje się iż w sprawie zachowania artystów warszawskich pod okupacją jest wiele szarości, tak jak ze Stanisławą Perzanowską, reżyserką wojennego „Atenuem”. Po wybuchu Powstania Warszawskiego,kilkanaście teatrzyków błyskawicznie znika. Powstaje Tajna Rada Teatralna i wojskowa brygada teatralna, do której aktorzy grający jawnie byli nieprzyjmowani.

 

Lista strat osobowych warszawskich teatrów jest ogromna. Życie teatralne utrzymując ciągłość kulturową, zeszło do podziemia. Do Powstania sezon teatralny trwał cały rok. Po zakończeniu wojny przyszedł czas na rozliczenia, które szybko zamieniły się w rozważania natury historycznej. Sytuację zmienił „stan wojenny”, znowu pojawiło się pytanie, grać czy nie grać? Wydaje się iż egzamin z początku lat 80-tych, został zdany a ówczesnych „bojkot” władzy przez artystów, przejdzie do historii światowego teatru.

poniedziałek, 21 czerwca 2010
Monodram, który Jan Peszek odgrywa od trzydziestu lat zawitał do Warszawy

Sam Peszek uznawany za jednego z najwybitniejszych współczesnych aktorów o tym „niekończącym” się przedstawieniu mówi enigmatycznie. „Zmienia się o tyle, o ile ja się zmieniam i czasy się zmieniają”. Spróbujmy sobie wyobrazić czym jest 34 lat dla dzieła artystycznego, myśląc o filmach, teledyskach czy modzie z 1976 roku. 19 i 21 czerwca będzie można go zobaczyć w teatrze IMKA Tomasza Karolaka.

 

Monodram nazywa się „Scenariusz dla niemożliwego lecz istniejącego aktora instrumentalnego”, został on napisany w 1963 roku „pod” i dla Peszka przez Bogusława Schaeffera. Schaeffer był muzykologiem z krakowskiej PWST, pracownikiem Polskiego Radia gdzie współpracował ze słynnym studiem eksperymentalnym. To właśnie on wciągnął młodego Peszka w klimaty muzyki awangardowej, której pokłosiem jest opisywany spektakl. Z czym mamy zatem do czynienia na scenie, w czasie godzinnego monologu, który jest jednocześnie utworem muzycznym?. Słuchamy o pięknie i głębi sztuki i jednocześnie kpin z jej aspiracji do bycia najważniejszą z życiowych aktywności człowieka. W tak trudnym gatunku jakim jest monodram Jan Peszek sprawdza się znakomicie. Aktor, który znakomicie panuje nad swoim ciałem dywagacje na temat sztuki uzupełnia odgłosami i czynnościami takimi jak zagniatanie ciasta czy chlapanie się w wodzie.

 

Spektakl był wystawiany w wielu teatrach na całym świecie. Polskie przedstawienia mógłby się złożyć na małą książeczkę o historii teatru, był on bowiem w Teatrze Starym, Teatrze Miniatura, w Tetrze Studio pod kierownictwem Grzegorzewskiego, i aktualnie wznowiony został na krakowskiej scenie Teatru PWST. W Warszawie „Scenariusz dla niemożliwego lecz istniejącego aktora instrumentalnego” zostanie odegrany w w teatrze IMKA Tomasza Karolaka, znajdującego się przy ulicy Marii Konopnickiej 6. Wejściówki w cenie 20 zł , dostępne pół godziny przed spektaklem. Polecamy!

 

 

 
1 , 2
Zakładki:
Http://ekurjerwarszawski.pl/
Tagi